piątek, 22 stycznia 2016

Hagiografka samozwańcza. Jacek Dehnel, „Matka Makaryna”

Gdyby nie istniała naprawdę, trzeba by było ją wymyślić. Aż dziw bierze, że niezwykłe losy matki Makaryny Mieczysławskiej, przełożonej zakonu bazylianek z Mińska, męczennicy za wiarę opisane w najnowszej powieści Jacka Dehnela nie są literacką fikcją. A jeszcze bardziej dziwi fakt, że blisko dwa wieki czekały na swoje fabularne opracowanie.

Makaryna Mieczysławska to ważna dla polskiej kultury i historii doby romantyzmu postać, dziś już nieco zapomniana. Makaryna była matką przełożoną w klasztorze mińskich bazylianek, który na mocy Unii Lubelskiej uznawał zwierzchność papieską i częściowy związek z  kościołem katolickim. Nie podobało się to carskim władzom, które na swoim terytorium chciały sprawować także rząd dusz. Carscy wysłannicy mieli więc doprowadzić do wstąpienia zakonów unickich na łono cerkwi prawosławnej, nawet jeśli nie było to wstąpienie dobrowolne. Opór i niezłomność zakonników były w niektórych przypadkach tak wielkie, że nie obyło się bez krwawych prześladowań – klasztory rabowano, a rozproszeni bazylianie błąkali się po świecie. Wśród nich była Makaryna Mieczysławska. Jako jednej z trzech zakonnic udało jej się uciec z klasztoru, gdzie więziono i męczono niewinne siostrzyczki, i dostać na Zachód, najpierw do Poznania, a stamtąd do Paryża i Rzymu, by głosić światu swoje męczeństwo. 


Fot. Polona.pl

Matka Makaryna nie mogła trafić na lepszy moment – jako żywy dowód bezwzględności władzy cara była pokrzepieniem dla rozbitej po klęsce powstania polskiej emigracji w Paryżu. Przychodzili do niej i Norwid i Słowacki, ten pierwszy jak wystraszony uczniak, drugi oddał jej hołd w obszernym poemacie „Rozmowa z matką Makaryną Mieczysławską bazylianką w Paryżu”, gdzie przyrównuje ją do Mojżesza, który prowadzi swój lud i szczegółowo zdaje relację z jej tragicznych losów. Prosta bazylianka, o twardym charakterze i radykalnym rozróżnieniu dobra i zła stanowiła niezbędną przeciwwagę dla mistycznej sekty skupionej wokół Towiańskiego. Kulminacją jej potęgi były osobiste audiencje u papieża w Rzymie i doprowadzenie do głośnej spowiedzi Mickiewicza, w której ten wyrzekł się związków z Towiańskim.

sobota, 9 stycznia 2016

Bogowie zapomnienia. Wit Szostak, „Wróżenie z wnętrzności”

Wit Szostak napisał współczesny mit o odchodzeniu i trudnych powrotach w arkadyjskiej scenerii opuszczonej stacji kolejowej.

Nie ma ostatnio roku bez nowej książki Wita Szostaka. „Wróżenie z wnętrzności” ukazało się w październiku 2015 r. i jest kolejnym dziełem w „pisarskim ciągu” autora, po nominowanych do Paszportów Polityki 2014 „Stu dniach bez słońca”, a wcześniej polifonicznej „Fudze” (2012), para-historycznym „Dumanowskim” (2011) i „Chochołach” (2010). Tym samym pisarz z Krakowa dołącza do grona najbardziej płodnych literacko pisarzy młodego pokolenia, ale jego najnowsza powieść nie budzi tyle kontrowersji co diarystyczne próby Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha. Choć, według informacji podanej na ostatniej stronie, książka powstała w zaledwie dwa miesiące, nie można jej nazwać pisaną „na kolanie”, a warsztat pisarski Szostaka może imponować dojrzałością i indywidualnym stylem.

Akcja „Wróżenia z wnętrzności” rozgrywa się w scenerii, która jest spełnieniem marzeń zwolenników ruchu slow life. W sercu beskidzkiego lasu, wśród gór, a z dala od cywilizacji budynek nieczynnego dworca kolejowego zamieszkują Mateusz i Marta, a z nimi Błażej – „głupi brat” Mateusza. Na przysypanych ziemią torowiskach zamienionych na grządki Marta z oddaniem uprawia swoje pomidory i inne gatunki warzyw, Mateusz zaś często wychodzi w góry i odwiedza ukrywającego się w lasach Porucznika – byłego funkcjonariusza SB. Ich życie płynie na pozór spokojnym i harmonijnym nurtem, rządzone odwiecznym rytmem pór roku. Latem można opalać się nago na peronie, zima to czas pracy w domowym zaciszu. W tym świecie nie pada wiele słów. „Nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powiedziane, bo słowa są ważne i trzeba ich używać rozsądnie. Mateusz powiedział mi kiedyś, że słowa zużywają się i kiedy zbyt często mówimy, to może ich zabraknąć na rzeczy naprawdę ważne” – pisze Szostak. Sielankę przerywa tylko raz na jakiś czas wizyta hałaśliwych znajomych z dużego miasta. 

 Fot. Polona.pl

Poświatów – bo taką nazwę nosi opuszczona stacja kolejowa – to przestrzeń niespełnionych nadziei. W tym miejscu miało powstać uzdrowisko, tłumnie odwiedzane przez kuracjuszy, a dworzec miał być ich łącznikiem z cywilizacją. Z niewiadomych przyczyn pomysł upadł i pociągi przestały tamtędy przejeżdżać. Ten swoisty koniec świata jest celem ucieczki dla Mateusza i Marty, bo od początku wiemy, że oni uciekają, że mieli jakieś życie „przed potopem”, jak zwykł o tym mówić Mateusz. Nieprzypadkowo wybrali dworzec, miejsce „wiecznego teraz”, przystanek na chwilę, nie posiadający przeszłości ani przyszłości. W tym kontekście nazwa ich schronienia wydaje się być symboliczna. Poświatów jako miejsce, do którego udają się ludzie „po-świecie”, po rozczarowaniu tym światem. W innym sensie, Poświatów może brać się od  poświaty, blasku,  jaki bije od boga i bogini, bo Mateusz i Marta są bogami, „bogami zapomnienia”, o czym przekonuje „głupszy brat” Mateusza, Błażej. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Wędrowiec podwójny. Dominika Słowik, "Atlas: Doppelgänger"

To był jeden z głośniejszych literackich debiutów minionego roku. Wydanej  w marcu 2015 roku powieści Dominiki Słowik „Atlas: Doppelgänger” patronował sam Paweł Huelle. Ten dobór „promotora” nie powinien dziwić – proza młodej, zaledwie 26-letniej debiutantki nastrojem i tematyką przypomina z pewnością najbardziej znaną książkę Huellego – „Weiser Dawidek”. Tak samo mamy w niej odmalowane czasy dzieciństwa, świat balansujący na granicy realizmu i fantastyki i jakąś grozę, która kryje się w tym, co pozornie niewinne. Powieść Huellego to tylko jedno ze skojarzeń jakie przywoływać może „Atlas: Doppelgänger”. Inne, bardziej znane i wymieniane przez wydawcę na okładce książki, to Macondo i ulica Krokodyli, czyli realizm magiczny Gabriela Garcii Marqueza i oniryczna poetyka Brunona Schulza. 

Dominika Słowik. Fot. Wojciech Karliński

Na pierwszy rzut oka powieść Dominiki Słowik zdaje się być kolejną „biografią lat dziewięćdziesiątych” Jej ukazanie się jest wyraźnym sygnałem przemiany generacyjnej na polskiej scenie literackiej – do głosu zaczynają dochodzić pisarze, którzy większość swojego dzieciństwa przeżyli już po upadku komunizmu. Po „Znakach szczególnych” Pauliny Wilk, która kolektywne doświadczenie dojrzewania w tej przełomowej dekadzie, wycisnęła do granic możliwości, powieść Słowik mogłaby się wydawać co najmniej wtórna. Na szczęście autorka „Doppelgängera” nie poprzestaje na epickich skądinąd opowieściach o baronach węglowych okresu transformacji i rodzajowych obrazkach niedzielnego obiadu w polskim domu, gdzie rosół popija się coca-colą z kultowego „arkoroka”. Nostalgiczna przestrzeń dzieciństwa jest dla niej tylko kontekstem, w którym rozgrywa się zasadnicza opowieść.

sobota, 2 stycznia 2016

Forteca Franza Kafki. Dino Buzzati, „Pustynia Tatarów”

„Pustynia Tatarów” Dina Buzzatiego zaczyna się tak jakby autorem jej był sam Franz Kafka. Na granicy państwa o nieznanej nazwie, rządzonego przez króla o nieznanym imieniu przy pomocy silnie zhierarchizowanego wojska, stoi majestatyczna Forteca Bastiani. Nie jakaś tam zwykła warownia wojskowa, ale właśnie Forteca przez duże „F”. Podobnie jak w kafkowskim „Zamku”, rządzą tu ściśle określone zasady, których wykładnią jest szczegółowy regulamin Fortecy, a jego egzekucją, w sensie dosłownym, zajmują się dowódcy twierdzy. Nie można na przykład przekroczyć fortecznej bramy, jeśli nie zna się hasła, które zmieniane jest raz na dwadzieścia cztery godziny, choć wszyscy żołnierze dobrze się tam znają i takie środki ostrożności teoretycznie są zbyteczne. Ale to nie koniec, a dopiero początek absurdów. Forteca ma za zadanie strzec granic, nie wiadomo tylko, przed kim, bo za jej murami rozciąga się ogromna pustynia. Bezludna i opuszczona. Kiedyś podobno przybyły stamtąd tatarskie hordy, by przypuścić atak na Fortecę, ale było to tak dawno, że nie pamiętają tego nawet najstarsi żołnierze.

Dino Buzzati

Forteca Bastiani jest celem młodego, pełnego żołnierskich ideałów oficera Giovanniego Drogo. Niewiadomo, z jakiej przyczyny, przez jaką wojskową instancję został tam przydzielony, ale w podróż wyrusza pełen nadziei, że tam właśnie czekają na niego wojskowa sława i bohaterskie czyny. Forteca wydaje się żołnierzowi Drogo ważnym punktem na wojskowej mapie królestwa, miejscem prestiżowym, przede wszystkim zaś przyczółkiem o znaczeniu strategicznym dla losów monarchii. Jeszcze zanim dotrze pod mury Fortecy, zanim zobaczy ją w całej okazałości, jego wyobrażenia zostaną bezlitośnie rozwiane przez kapitana, którego spotyka na swojej drodze. Ten przedstawia mu niezbyt zachęcającą perspektywę. Zamiast sławy i chwały, uporczywa nuda i rutynowość zadań, zamiast możliwości wykazania się odwagą, przymus spełniania bezcelowych rozkazów. Nawet w papierach nie wygląda to dobrze. Dowódcy wojskowi traktują Fortecę z pobłażaniem, a służba tam wcale nie gwarantuje honorów i poważania w przyszłości.

niedziela, 1 listopada 2015

Stefan Hertmans, "Wojna i terpentyna"

Do sięgnięcia po książkę niderlandzkiego pisarza Stefana Hertmansa zachęciła mnie wieczorna audycja w radiowej trójce z udziałem autora. Pamiętam, że było wtedy późno, już całkiem ciemno za oknami, jechaliśmy samochodem. W takim właśnie kontekście dogasającego dnia, kiedy wszelkie inne bodźce przestały już angażować naszą uwagę - wizualne powoli zanikają, myślowe też już szykowały się na spoczynek – rozmowa z Hertmansem była jak głos z całkiem innego świata. Złożona osobowość pisarza manifestująca się w każdym jego słowie, mądrość płynąca z życiowego doświadczenia, ale mądrość nie z gatunku tych, które lubią pouczać, ale tych, którzy nie przestają obserwować i dziwić się światem – to wszystko sprawiło, że zwyczajny radiowy wywiad urósł w moich oczach (a raczej uszach) do rangi niemal filozoficznego wykładu. Rozmowa oscylowała oczywiście wokół świeżo wydanej w Polsce „Wojny i terpentyny” i jej głównego bohatera, dziadka samego pisarza, ale nie brakowało w niej także odniesień do spraw współczesnych, w tym między innymi dzielącej opinię publicznej kwestii syryjskich uchodźców. Hertmans wypowiadał się z w sposób spokojny i wyważony, każdą kwestię miał dobrze przemyślaną, a słowami gospodarował oszczędnie. Do dziś pozostaje mi w pamięci ta rozmowa.

„Miejsca to nie tylko przestrzeń, lecz także czas. Inaczej patrzę na miasto odkąd są ze mną wspomnienia dziadka”.

„Wojna i terpentyna” jest rzadkim w historii literatury przykładem książki napisanej dwa razy. Raz przez autora – świadka wydarzeń – i drugi raz, jakoby nadpisanej przez kogoś, kto to świadectwo znalazł i poddał twórczej interpretacji. Stefan Hertmans dostał od swojego przodka najlepszy prezent, jaki pisarz dostać może – gotową opowieść. Na łożu śmierci dziadek poprosił go, by spożytkował dzieło jego życia, wręczając mu dwa zeszyty pełne swoich zapisków: jeden gruby w kolorze czerwonym, drugi marmurkowy. I może wystarczyłoby je w stanie nienaruszonym wysłać do wydawnictwa, zlepić w jedną całość, opatrzyć przedmową i przypisami. Dziadek pisarza był znakomitym prozaikiem, choć język przez niego używany z pewnością trąci już dziś staroświecczyzną. Hertmans nie idzie jednak na łatwiznę i nie spienięża tak łatwo rodzinnego spadku. Przeciwnie – mija wiele lat, zanim w ogóle do niego sięgnie. „Wychodziłem z założenia, że ich lektura mnie przepełni i od razu zechcę napisać historię jego życia, innymi słowy – że muszę być wolny, nie mieć innych zobowiązań, by móc się zająć tylko tym”. Czekał na ten moment trzydzieści lat.

Całość recenzji "Wojny i terpentyny" Stefana Hertmansa na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/wojna-i-terpentyna/

Starszy sierżant Urbain Martien - dziadek Stefana Hertmansa



Wojna i terpentyna
Stefan Hertmans
Wydawnictwo Marginesy
2015

czwartek, 16 kwietnia 2015

Listy młodego poety. Ingeborg Bachmann, "Dziennik wojenny"

Ingeborg Bachmann

Najpiękniejsze lato w życiu Ingeborg Bachmann, opisane najpierw na kartach „Dziennika wojennego”, a potem w tęsknych listach Jacka Hamescha – ta niewielka książeczka pozwala nam zajrzeć w świat młodzieńczych marzeń i myśli jednej z najważniejszych austriackich pisarek XX wieku.

Całość recenzji "Dziennika wojennego" Ingeborg Bachmann i listów Jacka Hamescha na:


Dziennik wojenny
Ingeborg Bachmann
Listy Jacka Hamescha
Wydawnictwo Czarne
2015

wtorek, 3 marca 2015

Setka papierowych tygrysów. Frederic Beigbeder, "Pierwszy bilans po apokalipsie"

Obsesja tworzenia rankingów objęła w dzisiejszych czasach niemalże wszystkie dziedziny życia. Sieć jest pełna takich zestawień. Od wyliczeń "100 najbardziej romantycznych filmów wszechczasów", poprzez "20 najpiękniejszych miejsc na ziemi" aż do "10 samochodów o niepsujących się silnikach". Rankomania jest popularna, bo pozwala nam obrać drogę na skróty, rankingi czyta się szybko, łatwo, i - nierzadko - przyjemnie, a z drugiej strony takie wyliczenia dają nam pozór, że całościowo poznajemy jakąś dziedzinę wiedzy ("10 najważniejszych odkryć ludzkości", "5 najlepszych sposobów na ból głowy") - w rankingu nie może być przecież pominięte to, co najważniejsze, najlepsze w danej dziedzinie. Nie bez znaczenia jest także krytyczny, jeśli nie prześmiewczy charakter rankingu - pojawiają się przecież także zestawienia negatywne ("20 najgorszych scen pocałunku w historii kina", "10 najbardziej przereklamowanych bestsellerów"). Ranking powoli zaczyna wyrastać na osobny gatunek twórczości, zwłaszcza kiedy za jego sporządzanie biorą się postaci tak nietuzinkowe jak choćby Frederic Beigbeder. Jego książka "Pierwszy bilans po apokalipsie to nic innego jak omówienie autorskiego zestawienia 100 najważniejszych powieści XX wieku.


Frederic Beigbeder przed Cafe de Flore - kultową paryską kawiarnią, w której bywali 
m. in. Sartre, Camus, Simone de Beauvoir

wtorek, 17 lutego 2015

"Niewyraźna barwna plama". Patrick Modiano, "Willa Triste"


 Vincent van Gogh, Gwiaździsta noc

Każdy z nas przeżył kiedyś takie lato. Gdzieś na styku dzieciństwa i dorosłości, gorące od słońca i nowych, emocjonujących doświadczeń. Uwolnieni od codziennych obowiązków, zanurzeni w wakacyjnej beztrosce, żyliśmy tak, jakby miało to trwać wiecznie. Różna mogła być wówczas sceneria, różny przebieg wydarzeń, jedno natomiast pozostaje niezmienne: wrażenie nowości i świeżości, jakie przynosił każdy kolejny dzień. Nieświadomi, stąpaliśmy po najstarszym szlaku świata, i tak, to musiało się skończyć.

"Nigdy dotąd nie widziałem równie pięknych, równie krystalicznych nocy, co tamtego lata".

Victor Chmara, główny bohater powieści Patricka Modiano "Willa Triste" jeszcze tego nie wie, poznajemy go w momencie, kiedy trwa jeszcze w błogim zachwycie i rozkoszuje się życiem i młodością. Ma 18 lat, spędza wakacje w jednym z kurortów położonym w sercu Górnej Sabaudii.W góry przywiodła go oficjalnie chęć poratowania zdrowia, a tak naprawdę lęk przed wojną francusko-algierską i perspektywą mobilizacji do armii, akcja książki dzieje się bowiem w latach 60. XX wieku. Victor boi się wszystkich i wszystkiego, obsesyjne lęki zatruwają jego życie i utrudniają nawiązywanie trwałych relacji z rówieśnikami. 

piątek, 9 stycznia 2015

Robert Walser, "Mikrogramy"


 
"Mikrogramy" Roberta Walsera to przykład jednego z najbardziej sensacyjnych odkryć w dziedzinie literatury. I zarazem dowód na to, że wartościową prozę można znaleźć wszędzie, nawet tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. Historia literatury zawdzięcza "Mikrogramy" nie tyle samemu autorowi, co genialnemu odkryciu badacza twórczości Walsera, który zobaczył w pisanych maczkiem sekwencjach znaków prawdziwe literackie teksty. Dotychczas bowiem te pozostawione przez pisarza zapiski na luźnych kartkach postrzegano jako pewnego rodzaju autorski kod, którego bez znajomości klucza nie uda się rozszyfrować. Dopiero celne oko badacza przy bliższej analizie dostrzegło, że to nie znaki szyfru, ale miniaturowe litery, układające się w miniaturowe zdania, a te w całe historie. 

czwartek, 8 maja 2014

Pasażerka. Agnieszka Wolny-Hamkało, "Zaćmienie"

Pasager, to w języku francuskim pieszy, ale tak podobnie brzmiąca „pasażerka”, kojarzy się już wyłącznie z siedzeniem na tylnym fotelu, byciem przewożonym, czy nawet przenoszonym w przestworzach. Tak jak ambulans, nic nie ma już wspólnego z przechadzaniem się. Ruch się intensyfikuje, tempo wzrasta, słowa tracą związek ze swoim rdzeniem. Gdzieś tutaj dokonuje się niby drobna, ale jakościowo istotna zmiana. Pasażer staje się bierny, nie ma już tej wolności, którą posiadał pieszy wędrowiec. Z drugiej strony, bycie pasażerem daje komfort nie dbania o nic, ani o cel podróży, ani o to, jak do niego dotrzeć.

***
Porzucona przez narzeczonego eks-policjantka trudni się poszukiwaniem niesamowitych historii na zlecenie konsorcjum wydawniczego braci Casado. Ewa, bo tak ma na imię, jest wręcz stworzona do takiej pracy. Jej cechą charakterystyczną jest talent do wpadania w tarapaty i absolutny brak instynktu samozachowawczego – tam, gdzie przeciętnemu człowiekowi (nie tylko kobiecie!) zapaliłaby się czerwona lampka ostrzegawcza, ona jest niczym byk na corridzie – do tej czerwieni właśnie ją ciągnie. Ewa jest ciągle w ruchu. Jeśli nie jeździ pospiesznym po całej Polsce, to wydeptuje osiedlowe ścieżki ze swoim wiernym kompanem – spanielką, o nieprzypadkowym imieniu She – u boku. W tle mamy apokaliptyczne nastroje, wojny światów i ludzi zbrojących się w teleskopy. O tym – w wielkim skrócie – jest „Zaćmienie”, prozatorski debiut Agnieszki Wolny-Hamkało.

"Melancholia", reż. Lars von Trier

wtorek, 11 lutego 2014

"Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej"


Marginesy i peryferia wcale nie są w kontekście tej książki czymś pejoratywnym. Wręcz przeciwnie, zostają dowartościowane nie tylko jako jeden z podstawowych fantazmatów Brunona Schulza, ale też jako sposób podejścia do twórczości pisarza z Drohobycza skupiający się na tym, co marginalne tylko pozornie. W „Przewodniku” czytamy o peryferiach że to miejsca, gdzie „na wierzch wychodzi to, co centrum pracowicie ukrywa o sobie samym” (Jakub Majmurek), miejsca, w których „najpewniej należałoby się spodziewać kosmicznego Erosa” (Agata Bielik-Robson), w przeciwieństwie do centrum, które pozostaje martwe. Peryferyjne jest więc pisanie o sporze Gombrowicza z Schulzem wokół „doktorowej z Wilczej”, wymyślanie scenariuszy dla nieistniejących filmów o nieistniejących książkach („Mesjasz”), opowiadania o „różowych Murzynach” (inspirowane Schulzem) czy kosmiczny komiks Patryka Mogielnickiego z tekstem z epoki przedkosmicznej (Schulz). Cóż, czasem najciekawsze jest to, co leży poza mapą.

Całość recenzji "Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej" na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/schulzem-po-mapie/ 


Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
2012

czwartek, 9 stycznia 2014

Sandor Márai, "Maruderzy"


„Maruderzy” to nie tylko ostatnia część cyklu powieściowego „Dzieło Garrenów”, to także jego summa. Kumulują i intensyfikują się tutaj wszystkie wcześniej poruszane przez Máraiego wątki. Sam autor pisał o niej w dzienniku: „Ten tom zawiera wszystko, co chciałem powiedzieć”.

Całość recenzji "Maruderów" Sandora Máraiego na:

niedziela, 3 listopada 2013

Rainer Maria Rilke, "Dziennik Schmargendorfski"

We wszystkich moich dobrych chwilach twój uśmiech będzie mi się wydawał miastem, dalekim miastem, pełnym blasku i życia – a twoje słowo będzie dla mnie wyspą, na której rosną brzozy lub jodły, w każdym razie jakieś drzewa ciche i uroczyste. Twoje spojrzenie będzie studnią, w której już wiele rzeczy zniknęło i nad którą samo niebo drży z radosnej obawy, że mogłoby do niej wpaść – i będę wiedział, że wszystko to istnieje, że można wejść do tego miasta, że często widywałem tę wyspę i wiem dokładnie, kiedy nad brzegiem studni panuje największa samotność. 

W ogóle przemijalność, kruchość i ulotność w przypadku wielu ludzi wynika z tego, że ludzie ci nigdy nie odważyli się zaistnieć. By zaistnieć, nie wystarczy się urodzić. Trzeba podłączyć się do większej sieci; ale trzeba się też izolować, by nie sprzeniewierzyć i nie zmarnować własnego prądu. Chodzi o to, by przekazać go dalej; nie widząc tego, komu się przekazuje, rozciągnąć się ponad krajami i ludźmi setką błyszczących drutów aż do następnego słupa; czy nie na tym to polega?



Dziennik Schmargendorfski
R.M. Rilke  
Sic!
2013

środa, 15 maja 2013

Amos Oz, "Wśród swoich"


Świat kibucu Jikhat to społeczność ludzka w pigułce, a jednocześnie laboratorium międzyludzkich relacji. Osadnicy żyją typowymi ludzkimi sprawami, takimi jak problemy wychowawcze, zdrady małżeńskie, niespełnione miłości i ambicje, ale też specyficznymi problemami kibucu (kwestia wysyłania mieszkańców na studia, opieka nocna nad dziećmi przebywającymi w dziecińcach). Oz tworzy galerię postaci nietypowych, a jednocześnie bliskich odbiorcy. Mamy na przykład Cwiego Prowizora, człowieka żywiącego się złymi wiadomościami; Arielę, „tę trzecią”, która nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji; Davida Dagana, idealistę z krwi i kości, uwodzącego nieletnie, czy Martina Vanderberga, szewca esperantystę. „Każdy z nich coś stracił” – stwierdza Oz.

Całość recenzji "Wśród swoich" Amosa Oza na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/wiecej-milosci/ 



Wśród swoich
Amos Oz
REBIS
2013

środa, 17 kwietnia 2013

Leopold Tyrmand, "Cywilizacja komunizmu"


„Cywilizacja komunizmu” z założenia nie jest ani beletrystyką, ani literackim esejem. Wydaje się, że znalezienie „trzeciej drogi” wychodzi Tyrmandowi świetnie, bez uszczerbku dla jego literackich ambicji. Książka obfituje w humor językowy i satyryczne obrazki na najwyższym poziomie. Mała dziewczynka nazwana „bojownikiem o sens współczesnej cywilizacji” za to, że chciała buciki od Stalina; szturm narodu na sklep, w którym „rzucili” papier toaletowy; porady lekarskie, jakich podsłuchującemu udzielają podsłuchiwani – te i wiele innych absurdów Tyrmand ukazuje brawurowo.

Całość recenzji "Cywilizacji komunizmu" Leopolda Tyrmanda na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/komizm-i-komunizm/ 


Cywilizacja komunizmu
Leopold Tyrmand
Wydawnictwo MG
2013

środa, 27 marca 2013

Wit Szostak, "Fuga"

„Nazywam się Bartłomiej Chochoł” – tym zdaniem autor otwiera każdą z ośmiu opowieści zawartych w książce. Wydaje się, że po takim początku zostaniemy uraczeni historią o starych, dobrych czasach, a Szostak będzie starał się wskrzesić eposowo-biblijną tradycję oral history, siedząc w fotelu i pykając fajkę. Tak się jednak nie dzieje, narracja w „Fudze” nie płynie gładko, jest strumieniem pełnym dysonansów i chwil wahania. Narrator walczy przez cały czas z własną, pełną luk pamięcią. Dlatego tak wiele tu powtórzeń i powracających fraz. Poruszamy się po nitce po kłębka, nawlekamy fakty jak koraliki na sznurek.

Całość recenzji "Fugi" Wita Szostaka na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/koszmar-z-ulicy-s/ 


 Fuga
Wit Szostak
Lampa i Iskra Boża
2012

piątek, 8 marca 2013

Roberto Bolaño, "Rozmowy telefoniczne"

Wchodząc w świat Roberta Bolaño, można mieć pewność, że jest to przestrzeń kompletna, opisana w najdrobniejszych szczegółach, bez dziur i niedopowiedzeń (co wcale nie znaczy, że przewidywalna). Nie bez wpływu na to wrażenie pozostaje ilość zapisanych stron. Dlatego też pojawia się odrobina niepokoju, kiedy w ręce wpada cieniutka książeczka. Dla sympatyków prozy Roberta Bolaño lektura „Rozmów telefonicznych” jest jak test: „obroni się czy się nie obroni?”. Z tej próby Chilijczyk wychodzi zwycięsko. Posiadł on bowiem rzadką umiejętność kondensacji, co sprawia, że opowiadania są równie gęste, co najgrubsze z powieści.

Całość recenzji "Rozmów telefonicznych" Roberta Bolaño na:


Rozmowy telefoniczne. Opowiadania
Roberto Bolaño
Wydawnictwo Muza
2013

środa, 30 stycznia 2013

Alan Hollinghurst, "Obce dziecko"

Wypada już na wstępie pochwalić odważny zamysł Alana Hollingursta, zamysł napisania  epickiej powieści-panoramy minionego wieku, w której tłem do wydarzeń fabuły byłyby obyczajowe i kulturowe przemiany na przestrzeni blisko stu lat. Ze świecą szukać dziś drugiego takiego śmiałka w literackim świecie, w którym dominuje obecnie raczej estetyka fragmentu. A jednak Hollinghurst wybija się ponad te tendencje i pisze książkę ambitną (bez wątpienia), która stylistyką nawiązuje do największych osiągnięć anglojęzycznej prozy.

Całość recenzji "Obcego dziecka" Alana Hollinghursta na:

Obce dziecko
Alan Hollinghurst
Wydawnictwo Muza
2012

czwartek, 24 stycznia 2013

Sandor Márai, "Znieważeni"

Kolorowy świat Paryża, pełen twórczego fermentu i intelektualnego blichtru przybliża nam Márai w powieści „Znieważeni”, włączonej do cyklu „Dzieło Garrenów”, który przez samego pisarza uznawany był za jego największe literackie osiągnięcie. W przeciwieństwie jednak do jego wspomnień, rzeczywistości powieściowej nie cechuje już taka beztroska i kult młodego, wolnego ducha. Akcja książki rozgrywa się bowiem w latach 30., kiedy to na delikatnej skorupce powojennego ładu można było dostrzec już pierwsze pęknięcia. Na razie jeszcze nieznaczne i widoczne tylko dla wybranych – obdarzonych przenikliwym wzrokiem pisarzy i intelektualistów.

Całość recenzji "Znieważonych" Sandora Máraiego na:

Znieważeni 
Sandor Márai
Czytelnik
2012

Egon Bondy, "Szaman"

Bohater "Szamana" jest patriarchą à rebours, a jego światem rządzi opaczność (nie mylić z opatrznością). W praktyce wygląda to tak: kiedy już, drogi czytelniku, wyrobisz sobie zdanie odnośnie podziału sił w tym zakręconym świecie, Bondy znowu zrobi użytek ze swoich przewrotnych, nomen omen, talentów – i znów stracisz równowagę. Pytania będą się mnożyć: dlaczego szaman, który władny jest wejść w wielki trans, podróżować po przed- i zaświatach (opcjonalnie nad- i pod-), ucieka się do tanich sztuczek niczym iluzjonista z objazdowego cyrku? Dlaczego filozof, który nie wierzy w śmierć, a uznaje jedynie wieczne trwanie rzeczy w zmiennych postaciach, tworzy cykl zatytułowany "Pieśni ostatniego roku"? I skąd do cholery szarlatan hordy jaskiniowców w samym sercu stepu wytrzasnął mokasyny?!

Całość recenzji "Szamana" Egona Bondego na:


Szaman
Egon Bondy
Korporacja Ha!art
2012