wśród doktryn subiektywnych czołowe miejsce zajmuje ostatnio pessoanizm. swoje źródło ma on w "Księdze niepokoju" autorstwa najsłynniejszego lisbończyka w kapeluszu, połowicznie póki co przeczytanej. jednak to pół szklanki pełne jest obietnic, z których najważniejsza dotyczy godzenia sprzeczności i odnalezienia równowagi w obliczu niesprzyjających warunków.
co rano Bernard Soares - alter ego autora - przemierza tę samą, znaną mu dobrze drogę do pracy. jest taki dostojny, kiedy tak kroczy w kapeluszu, z obowiązkowo białym kołnierzykiem i w okularach, "pre-lenonkach". co rano zasiada do swych obowiązków pomocnika księgowego, które wypełnia z metodyczną wręcz skrupulatnością. swoją rolę wypełnia tak dobrze, że trzeba by wyjątkowej spostrzegawczności by zauważyć, że wcale go tam nie ma. jego własne biurko, za którym zasiada codziennie na przepisowe 8 godzin, to paradoksalnie ostatnie miejsce, w którym można go uświadczyć. Soares nie posiadł jednak trudnej sztuki bilokacji, transmutacji, czy jakiejkolwiek innej o dziwnie brzmiącej nazwie. wyzbył się natomiast wszelkich związków z rzeczywistością, na poziomie, na którym jest to możliwe. ta nieobecność nie ma nic wspólnego z roztopieniem się w rutynowych obowiązkach. świadomość pozostaje zawsze czujna, choć selektywna. i kiedy kończy się dzień pracy Soaresa, to tak naprawdę wszystko się zaczyna. egzystencja nabiera kształtu i kolorów, przestrzeń przestaje być ograniczeniem, intensywność wyobrażeń potrafi wynagrodzić nawet brak bezpośrednio przeżywanych uczuć. wyłącznie życie w sferze marzeń - zdaniem autora - warte jest przeżycia, osiąga bowiem poziom wysublimowany, nic nie ciągnie go w dół.
