Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

Setka papierowych tygrysów. Frederic Beigbeder, "Pierwszy bilans po apokalipsie"

Obsesja tworzenia rankingów objęła w dzisiejszych czasach niemalże wszystkie dziedziny życia. Sieć jest pełna takich zestawień. Od wyliczeń "100 najbardziej romantycznych filmów wszechczasów", poprzez "20 najpiękniejszych miejsc na ziemi" aż do "10 samochodów o niepsujących się silnikach". Rankomania jest popularna, bo pozwala nam obrać drogę na skróty, rankingi czyta się szybko, łatwo, i - nierzadko - przyjemnie, a z drugiej strony takie wyliczenia dają nam pozór, że całościowo poznajemy jakąś dziedzinę wiedzy ("10 najważniejszych odkryć ludzkości", "5 najlepszych sposobów na ból głowy") - w rankingu nie może być przecież pominięte to, co najważniejsze, najlepsze w danej dziedzinie. Nie bez znaczenia jest także krytyczny, jeśli nie prześmiewczy charakter rankingu - pojawiają się przecież także zestawienia negatywne ("20 najgorszych scen pocałunku w historii kina", "10 najbardziej przereklamowanych bestsellerów"). Ranking powoli zaczyna wyrastać na osobny gatunek twórczości, zwłaszcza kiedy za jego sporządzanie biorą się postaci tak nietuzinkowe jak choćby Frederic Beigbeder. Jego książka "Pierwszy bilans po apokalipsie to nic innego jak omówienie autorskiego zestawienia 100 najważniejszych powieści XX wieku.


Frederic Beigbeder przed Cafe de Flore - kultową paryską kawiarnią, w której bywali 
m. in. Sartre, Camus, Simone de Beauvoir

wtorek, 17 lutego 2015

"Niewyraźna barwna plama". Patrick Modiano, "Willa Triste"


 Vincent van Gogh, Gwiaździsta noc

Każdy z nas przeżył kiedyś takie lato. Gdzieś na styku dzieciństwa i dorosłości, gorące od słońca i nowych, emocjonujących doświadczeń. Uwolnieni od codziennych obowiązków, zanurzeni w wakacyjnej beztrosce, żyliśmy tak, jakby miało to trwać wiecznie. Różna mogła być wówczas sceneria, różny przebieg wydarzeń, jedno natomiast pozostaje niezmienne: wrażenie nowości i świeżości, jakie przynosił każdy kolejny dzień. Nieświadomi, stąpaliśmy po najstarszym szlaku świata, i tak, to musiało się skończyć.

"Nigdy dotąd nie widziałem równie pięknych, równie krystalicznych nocy, co tamtego lata".

Victor Chmara, główny bohater powieści Patricka Modiano "Willa Triste" jeszcze tego nie wie, poznajemy go w momencie, kiedy trwa jeszcze w błogim zachwycie i rozkoszuje się życiem i młodością. Ma 18 lat, spędza wakacje w jednym z kurortów położonym w sercu Górnej Sabaudii.W góry przywiodła go oficjalnie chęć poratowania zdrowia, a tak naprawdę lęk przed wojną francusko-algierską i perspektywą mobilizacji do armii, akcja książki dzieje się bowiem w latach 60. XX wieku. Victor boi się wszystkich i wszystkiego, obsesyjne lęki zatruwają jego życie i utrudniają nawiązywanie trwałych relacji z rówieśnikami. 

wtorek, 5 czerwca 2012

Alain Robbe-Grillet, "Gumy"

"Wallace lubi chodzić. Lubi iść prosto przed siebie, przez to nieznane miasto, wdychając chłodne powietrze niedalekiej zimy. Rozgląda się, nasłuchuje, węszy; ten nieustannie odnawiający się kontakt ze światem zewnętrznym napełnia go błogim odczuciem ciągłości; w miarę jak posuwa się naprzód, rozwijające się nieprzerwanie pasmo jego kroków tworzy poszczególne sekwencje obrazów, bynajmniej nie oderwanych i bez związku, ale łączących się w barwną wstęgę, w której każdy element ma swoje miejsce, nawet ten na pozór najbardziej przypadkowy, bezsensowny na pierwszy rzut oka, groźny lub anachroniczny lub zwodniczy; każdy wplata się ściśle w tę samą osnowę, jednolita bez dziur i skaz tkanina wydłuża się równolegle do jego równolegle do jego regularnych kroków".
(Alain Robbe-Grillet "Gumy")

 Edward Hopper "Nighthawks"

chodzenie Wallace'a to jeden z ważniejszych motywów w "Gumach" A. Robbe-Grilleta. agent specjalny przyjeżdża do nieznanego sobie miasta, aby rozwiązać szczególnie zawikłaną zagadkę kryminalną - ciąg pozornie niezwiązanych ze sobą morderstw. zabiera się do tego fachowo: zaczyna chodzić. chodzi uważnie, tropiąc szczegóły, które mogą pomóc mu odnaleźć klucz do zagadki. spacerując, uczy się też miasta. obdarzony szczególnym spojrzeniem, spojrzeniem outsidera, dostrzega to, co kryje się przed wzrokiem tubylca. w głowie rysuje linie, tworzy wirtualną mapę, dzięki której może spoglądać na miasto z lotu ptaka (jastrzębia?). w "Gumach" odkrywanie miasta i poszukiwanie rozwiązania jest dwoma stronami tego samego medalu: odpowiedź na wszystkie pytania zakodowana jest w mieście - wystarczy w być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. wystarczy wychodzić rozwiązanie.

po to by po wyczerpującym dniu skończyć nad kieliszkiem whisky z towarzystwie nieznajomej w czerwonej sukni.



Gumy
Alain Robbe-Grillet
Wydawnictwo Tako
2007

piątek, 6 stycznia 2012

Guillaume Apollinaire, "Listy do Madeleine"

"Do widzenia, do jutra", reż. Janusz Morgenstern

"Jest w tym coś tak delikatnego i odległego, że wystarczy
       o tym pomyśleć, by stało się zbyt materialne
Kształt ograniczony niebieskim morzem stukotem pociągu
       w ruchu wonią eukaliptusów mimozy i sosen
       nadmorskich
Dotyk i zapach
I ta mała podróżniczka, która na dworcu w Marsylii
       skinęła nagle głową i odeszła
Nieświadoma
Że jej wspomnienie będzie się unosić nad laskiem Szampanii
       gdzie żołnierz na biwaku stara się wywołać przy ogniu
Obraz Madeleine z dymu kory brzozowej pachnącej
       minojskim kadzidłem
Podczas kiedy błękitnawe dymki wznoszące się z cygara
       piszą najczulsze z imion Madeleine
Ale również kłęby rozplatających się węży piszą wzruszające
       imię Madeleine którego każda litera zwija się w piękny
       lok angielski
I żołnierz nie śmie skończyć tej dwujęzycznej gry słów do
      której pobudza bezustannie leśna i wiosenna kaligrafia"
(G. Apollinaire, Madeleine, tłum. J. Hartwig)

do tej małej podróżniczki, poznanej w pociągu gdzieś na południu Francji pisze listy z okopów żołnierz Apollinaire. na początku dość oficjalne, w tonie chłodne, stopniowo przemieniają się w płomienną korespondencję. służy temu z pewnością umiłowanie słowa, cechujące protagonistów oraz siermiężne, wojenne warunki, dla których subtelne słowa listów są miłą przeciwwagą. chcąc wniknąć w ich treść, dowiedzieć się, co łączyło poetę z "małą wróżką" z Oranu, trzeba użyć wyobraźni, zadanie to niełatwe, bo znamy tylko listy z jednej strony frontu, te pisane przez Apollinaire'a, a do tych, które otrzymywał w odpowiedzi, nie mamy dostępu. korespondencja gęstnieje z biegiem czasu, choć się nie widzą, i znają wyłącznie z tych kilku chwil wspólnej podróży, zawiązuje się między nimi głęboka więź, ugruntowana w słowie właśnie, a z tej więzi, quasi-uczucie. Appolinaire pisze do Madeleine jak szalony, w każdej wolnej chwili i domaga się też od niej coraz dłuższych, coraz częstszych listów. w końcu się jej oświadcza, też listownie, a ta przyjmuje go jako narzeczonego. z jego listów przebijają dwojakie intencje: pochwała przymiotów ducha i wyraźna chęć ukształtowania Madeleine na wzór żony idealnej według ówczesnych obyczajów przeplatają się z namiętnymi wyznaniami, zahaczającymi wręcz o wyuzdanie. 
żar słów nie gaśnie, w znakach budują swój mit.
kiedy Apollinaire zostaje ranny, korespondencja nagle się urywa.


Listy do Madeleine






niedziela, 9 października 2011

Marcel Proust, "W poszukiwaniu straconego czasu"


niektóre książki czyta się dla samej przyjemności obcowania ze słowem, inne - dla twórczego zamysłu, który im przyświeca. dzieło Prousta należy do obu tych kategorii, znacznie je przekraczając. nieposzlakowana uroda frazy, a przy tym chłonność tego świata i sposób, w jaki nas wciąga i trzyma w swoim panowaniu. niewola, ale jakże słodka.

specyfika tego świata, inność, polega na tym, że stoi poza podziałem na realne i idealne. jest wysnuty, utkany z pamięci. złożony z cząstek świata rzeczywistego - wydarzeń, ludzi, wrażeń i przeżyć - jest swoistym gobelinem, szytym na kanwie realnego już według zamysłu artysty. Proust pisze: "śmierć jest procesem ciągłym. nie ma sekundy, w której nie umiera pamięć, ludzka osobowość". jest tutaj naturalnie skrajnym w swym stanowisku rzecznikiem poglądu o przemijalności świata, ale mówi też o czymś innym, o zanikaniu świata subiektywnego. jego zdaniem człowiek w jego psychicznej złożoności nie jest stały, podlega działaniu czasu i ten czas wpływa na zmienność jego charakteru. czas, a raczej wydarzenia w czasie rozmieszczone, nadają osobowości rozmaitych walorów, podsuwają jej rzeczy, z którymi może się utożsamić, które ją ubogacają, tworząc swoisty mikrokosmos tego, co człowiek mieni swoim.

tym, co chroni człowieka przed utratą wszystkiego, co mu zajaśnieje w życiu na moment, żeby potem przeminąć, jest pamięć. ona jest dowodem na to, że nie wszystko ginie, nie wszystko jest domeną śmierci. ona chroni nas przed poczuciem pustki, nicości, ona zdobi tę nicość tak jak gwiazdy zdobią niebo, przechowując to, co później świeci nam na firnamencie naszego życia. u Prousta ważną rolę odgrywa tzw. pamięć uczuciowa, która jest ze swej natury selektywna. nie jest do końca tak, jak sam pisze, że "każde miejsce jest uczuciem", są nim tylko miejsca przez nas wybrane, obarczone szczególnym ładunkiem emocjonalnym. tylko takie elementy realnej rzeczywistości, które są naznaczone, mają moc nie tylko przywracania nam wspomnień, w sposób namacalny wręcz, przez ich uobecnienie, ale także uświadamiania nam, z czego jesteśmy złożeni, co nas stwarza.

Proust podejmuje się więc aktywnej pracy z pamięcią, aby rozpoznać, rozświetlić samego siebie. jego podróż w przeszłość, przed meandry własnej pamięci, rozpoczyna się od smaku kawałka magdalenki  rozmoczonej w herbacie, który to smak staje się kluczem do szafy pełnej wspomnień, szczelnie dotąd zamkniętej. smak, dźwięk, zapach, wycinek pejzażu - to wszystko są znaki, punkty na mapie naszego wewnętrznego świata. można je nazywać, jak się chce, dla mnie są szklanymi paciorkami.

piątek, 7 października 2011

Marguerite Duras, "Moderato cantabile"/"Kochanek"

jest taka technika słuchania muzyki, zresztą moja ulubiona, nazwana roboczo "zdzieraniem płyty". podpadają pod nią utwory czy zestawy dźwięków, które dopadają nagle znienacka i potrafią na jakiś czas usidlić. oczywiście, agresor taki musi mieć dobre podłoże w postaci odpowiedniego nastroju, współmiernego z aurą muzyczną. i kiedy taka sympatia zajdzie, to wtedy nie ma zmiłuj, człowiek staje się niewolnikiem dźwiękowej sekwencji aż do jej całkowitego wyczerpania.

podobne można mieć wrażenia, czytając prozę Marguerite Duras i/lub oglądając filmowe realizacje jej scenariuszy czy książek. tak jakby jeden i ten sam leitmotiv, odmieniany oczywiście przez różne przypadki, różne historie, ale jednak łudząco podobny, snuł się przez kolejne karty kolejnych dzieł. zwłaszcza, jeśli zaserwuje się je w zestawie, a można i tak, bo jest to zdecydowanie twórczość na jeden wieczór, wartka i łatwo przyswajalna. leitmotiv Duras ma dwie główne linie melodyczne: pierwsza to wyraźne zwrócenie uwagi na rangę epizodu w życiu, zarysowanie sytuacji, w której los odmienia się istotnie, ale tylko na chwilę, w połączeniu z etapem wejścia w niecodzienność i wyjścia z niej. druga melodia pobrzmiewa nawet bardziej znajomo, to tematy odmienności kulturowych - jak przystało na Francuzkę wychowaną w Indochinach - a także obcości i dystansu na poziomie ogólnoludzkim.

Hiroshima mon amour, reż. A. Resnais

historie opowiedziane w "Moderato cantabile", "Kochanku" czy scenariuszu do filmu Resnaisa "Hiroshima mon amour" tylko w detalach różnią się od przyjętego schematu, zresztą bardzo przypominającego Dostojewskiego "Białe noce". On i ona poznają się przypadkiem, w niecodziennej scenerii, zbliżają się do siebie niejako na skróty, osiągają porozumienie, po czym okoliczności gwałtownie ich rozdzielają albo sami rozchodzą się w przeciwne strony, pomni niezwykłości tego, co między nimi zaszło. najciekawsze i pod względem fabuły i eksperymentatorskiego stylu wydaje się być "Moderato" - tu elementem scalającym bohaterów jest zbrodnia, której oboje są świadkami. to staje się podstawą ich więzi, rozwijającej się powoli. to samo miejsce, dużo czerwonego wina, mało słów - zmierzają ku temu, by odtworzyć sytuację, która ich połączyła: on wciela się w rolę zabójcy, ona - dobrowolnej ofiary. na tym tle historia z "Kochanka" - młoda Francuzka nawiązuje romans z synem chińskiego potentata - jawi się jako bardziej przewidywalna, podobnie jak przewidywalne jest jej rozwiązanie.

niedziela, 25 września 2011

Maurice Blanchot, "Tomasz Mroczny"

"Tomasz pozostał w swoim pokoju i czytał. Siedział z rękami splecionymi na czole, wpierając kciuki w skórę u nasady włosów, tak pochłonięty lekturą, że nawet się nie poruszał, kiedy otwierano drzwi [...]

Przy każdym znaku znajdował się w tej samej sytuacji co samiec modliszki tuż przed pożarciem. Jedno wpatrywało się w drugie. Słowa wychodzące z książki, która nabierała mocy, słowa spokojne i błogie, przyciągały muskające je spojrzenie [...]

Z przyjemnością przyglądał się oku, które go widziało. Jego przyjemność stała się wielka. Tak wielka, tak bezlitosna, że doznawał jej z niejakim przerażeniem, a kiedy się wyprostował, co za nieznośna chwila, nie otrzymując od swego rozmówcy najmniejszego znaku, dostrzegł całą dziwaczność sytuacji, kiedy zwykłe słowo obserwowało go niczym żywa istota, i to nie jedno słowo, lecz wszystkie słowa zawarte w tym jednym [...]

Całymi godzinami trwał tak w bezruchu, mając co pewien czas zamiast oczu słowo oczy: był bierny, urzeczony i odsłonięty. A nawet nieco później, kiedy już się poddał i wpatrując się w książkę, z odrazą rozpoznawał siebie samego pod postacią tekstu, który czytał, jego osoba, wyzbyta już świadomości, zachowała jeszcze myśli, a słowo On i słowo Ja, przycupnięte na jego ramionach, zaczynały prowadzić wzajemną rzeź, słowo mroczne, dusze bezcielesne i anioły słów, które głęboko weń zstępowały".
(M. Blanchot, Tomasz Mroczny)


Tomasz Mroczny
Maurice Blanchot
Biuro Literackie
2009

niedziela, 22 maja 2011

Alain Robbe-Grillet, "Żaluzja"

co łączy zazdrość i żaluzję? homonimia w języku francuskim oraz powieść Robbe-Grilleta. w polszczyźnie ona nie występuje, a przynajmniej jest w fazie dogasania. mamy bowiem swoją "zazdrostkę" na oznaczenie krótkiej firanki, ale mało kto używa dziś tego słowa, można je postawić w jednym rzędzie z serwantką, makatką i prodiżem, wśród klejnotów filologicznych, oglądanych już tylko przez szybkę i tylko przez znawców.

"Żaluzja" Robbe-Grilleta to jakby znako-mit, zawarta w tytule dwuznaczność organizuje cały sens tej niewielkiej powieści, trochę go też naddając. żaluzja plus zazdrość równa się podglądanie, za żaluzją ktoś się czai, ktoś, kto choć niewidoczny, sam widzi doskonale. taki temat powieści automatycznie dowartościowuje zmysł wzroku, jej treścią jest to, co widziane, co da się zaobserować lub też podsłyszeć. nie wnikamy tutaj w wewnętrzne przeżycia czy rozmyślania bohaterów, ta przestrzeń jest niedostępna przecież dla obserwującego oka. wiemy tylko to, co da się zobaczyć, ewentualnie wywnioskować na postawie znaków czynionych przez bohaterów. spostrzeżenia są bardzo drobiazgowe, analiza wnikliwa.

 "Zeszłego roku w Marienbadzie", reż. Alain Resnais

przestrzeń i światło pełnią w "Żaluzji" kluczową rolę. przestrzeń jest areną, w której rozgrywa się akcja, bohaterowie zawsze występują mocno osadzeni w przestrzeni, są jej integralną, wcale nie ważniejszą częścią. światło zaś, choć nie ma naturalnie natury duchowej, jest spiritus movens fabuły, daje bowiem możliwość widzenia.