Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glossa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glossa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

Setka papierowych tygrysów. Frederic Beigbeder, "Pierwszy bilans po apokalipsie"

Obsesja tworzenia rankingów objęła w dzisiejszych czasach niemalże wszystkie dziedziny życia. Sieć jest pełna takich zestawień. Od wyliczeń "100 najbardziej romantycznych filmów wszechczasów", poprzez "20 najpiękniejszych miejsc na ziemi" aż do "10 samochodów o niepsujących się silnikach". Rankomania jest popularna, bo pozwala nam obrać drogę na skróty, rankingi czyta się szybko, łatwo, i - nierzadko - przyjemnie, a z drugiej strony takie wyliczenia dają nam pozór, że całościowo poznajemy jakąś dziedzinę wiedzy ("10 najważniejszych odkryć ludzkości", "5 najlepszych sposobów na ból głowy") - w rankingu nie może być przecież pominięte to, co najważniejsze, najlepsze w danej dziedzinie. Nie bez znaczenia jest także krytyczny, jeśli nie prześmiewczy charakter rankingu - pojawiają się przecież także zestawienia negatywne ("20 najgorszych scen pocałunku w historii kina", "10 najbardziej przereklamowanych bestsellerów"). Ranking powoli zaczyna wyrastać na osobny gatunek twórczości, zwłaszcza kiedy za jego sporządzanie biorą się postaci tak nietuzinkowe jak choćby Frederic Beigbeder. Jego książka "Pierwszy bilans po apokalipsie to nic innego jak omówienie autorskiego zestawienia 100 najważniejszych powieści XX wieku.


Frederic Beigbeder przed Cafe de Flore - kultową paryską kawiarnią, w której bywali 
m. in. Sartre, Camus, Simone de Beauvoir

piątek, 9 stycznia 2015

Robert Walser, "Mikrogramy"


 
"Mikrogramy" Roberta Walsera to przykład jednego z najbardziej sensacyjnych odkryć w dziedzinie literatury. I zarazem dowód na to, że wartościową prozę można znaleźć wszędzie, nawet tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. Historia literatury zawdzięcza "Mikrogramy" nie tyle samemu autorowi, co genialnemu odkryciu badacza twórczości Walsera, który zobaczył w pisanych maczkiem sekwencjach znaków prawdziwe literackie teksty. Dotychczas bowiem te pozostawione przez pisarza zapiski na luźnych kartkach postrzegano jako pewnego rodzaju autorski kod, którego bez znajomości klucza nie uda się rozszyfrować. Dopiero celne oko badacza przy bliższej analizie dostrzegło, że to nie znaki szyfru, ale miniaturowe litery, układające się w miniaturowe zdania, a te w całe historie. 

poniedziałek, 8 października 2012

marzyciel znakomity

I jeszcze jedna postać do galerii znakomitych marzycieli. Pozornie pasuje tu jak kwiatek do kożucha, nie jest gwałtowny i nieokrzesany. Jasność go cechuje, czysta jest jego naiwność i uwielbienie dla opery, nieskazitelny biały garnitur w sercu amazońskiej dżungli. W pogoni za swoim celem ucieka się jednak do  bardziej "ciemnych" sposobów i od razu chce być bardziej papieski niż sam papież, bardziej "kauczukowy" niż "baroni z kauczuku". Na to, na co on się porywa, nikt z nich by się nie odważył. Oni mają w oczach pieniądze, on widzi królewskie loże i stroje kapiące złotem, a nade wszystko słyszy w głowie anielski głos Carusa. 
 Fitzcarraldo to film znakomity. Jakoś trudno po nim obejrzeć cokolwiek innego.

                                                    Fitzcarraldo, reż. Werner Herzog
                                          na zdjęciu Klaus Kinski, odtwórca głównej roli

sobota, 16 czerwca 2012

Marek Bieńczyk, "Terminal"

potrzeba sporych pokładów cierpliwości i rozwiniętego zmysłu obserwacji, żeby dojść do tej liczby. 125 ławek w parku, ani mniej ani więcej. wynik osiągnięty zapewne za sprawą długich godzin melancholijnych spacerów. ten drobiazg, z pozoru błahy, jest jednak znamienny dla książki, z której został zaczerpnięty. "Terminal" Marka Bieńczyka, przez krytyków okrzyknięty ponowoczesnym romansem, jest bowiem w pierwszej kolejności opowieścią o roli szczegółu w życiu człowieka, w tym wypadku człowieka zakochanego. szczegół w powieści Bieńczyka ma za zadanie różnicować to, co bliskie, od tego, co dalekie. stąd tak dużą uwagę przywiązuje się do drobnych gestów, bezrefleksyjnych zwyczajów, czy wręcz nawyków żywieniowych. Bieńczyk, jak nikt w polskiej literaturze, potrafi je dostrzec swoim uważnym okiem i - co jest sztuką niezmiernie trudną - zajmująco je odmalować. nawet z pobieżnej lektury w pamięci zostać musi scena jedzenia jogurtu, niekończących się spacerów czy nieudolnego tanga w wykonaniu głównego bohatera, też Marka.

Park Skaryszewski z lotu ptaka 

"...tylko szczegóły mają wagę w ciszy moich wieczorów i nie ma co tu liczyć na sagę albo panoramę dziesięciu lat na stu stronach: ja działam odwrotnie, ja z igły robię widły, z jednej strony wieczność, każde słowo bierze udział w akcji".
(Marek Bieńczyk, "Terminal")

czwartek, 14 czerwca 2012

Saul Bellow, "Korzystaj z dnia"

Hieronim Bosch, "Syn marnotrawny"

jeden dzień odmieniający całe życie, przynoszący szczęśliwe rozwiązanie - to konwencja dobrze znana.
jeden dzień pogłębiajacy upadek, spychający człowieka jeszcze niżej - to ta sama konwencja w wydaniu ironisty Saula Bellowa.

"Korzystaj z dnia" - to zdanie-frazes obrał Bellow jako tytuł dla gorzkiej opowieści o losach Tommego Wilhelma. kim jest Tommy? całkowitym przeciętniakiem. nie jest nawet sobą do końca - zmienił nazwisko, kiedy ktoś roztoczył przed nim wizję hollywoodzkiej kariery. wizję, która okazała się rzecz jasna mrzonką. co ma Tommy? trudno powiedzieć, łatwiej wyliczyć jego długi i straty. jak do tego doszło? życie Tommiego rozwijało się według scenariusza typowego dla klasy średniej, której jest przedstawicielem. studia - małżeństwo - kariera zawodowa. na tej gładkiej tafli pojawiły się jednak pęknięcia, z tej przyczny głównie, że Tommy doprowadził do perfekcji pewną ludzką zdolność: zdolność do popełniania błędów. na początku generowało to drobne potknięcia, one się kumulowały, ciągnęły go w dół, coraz niżej i niżej...

o Tommym można mówić jako o pewnego rodzaju antycypacji późniejszego człowieka houellbecq'owskiego - nieudaczniku mimo woli. można podejrzewać go o jak najlepsze intencje, cierpi on jednak na dotkliwą cywilizacyjną chorobę - brak ciągłości pomiędzy wolą a działaniem. 

wtorek, 5 czerwca 2012

Alain Robbe-Grillet, "Gumy"

"Wallace lubi chodzić. Lubi iść prosto przed siebie, przez to nieznane miasto, wdychając chłodne powietrze niedalekiej zimy. Rozgląda się, nasłuchuje, węszy; ten nieustannie odnawiający się kontakt ze światem zewnętrznym napełnia go błogim odczuciem ciągłości; w miarę jak posuwa się naprzód, rozwijające się nieprzerwanie pasmo jego kroków tworzy poszczególne sekwencje obrazów, bynajmniej nie oderwanych i bez związku, ale łączących się w barwną wstęgę, w której każdy element ma swoje miejsce, nawet ten na pozór najbardziej przypadkowy, bezsensowny na pierwszy rzut oka, groźny lub anachroniczny lub zwodniczy; każdy wplata się ściśle w tę samą osnowę, jednolita bez dziur i skaz tkanina wydłuża się równolegle do jego równolegle do jego regularnych kroków".
(Alain Robbe-Grillet "Gumy")

 Edward Hopper "Nighthawks"

chodzenie Wallace'a to jeden z ważniejszych motywów w "Gumach" A. Robbe-Grilleta. agent specjalny przyjeżdża do nieznanego sobie miasta, aby rozwiązać szczególnie zawikłaną zagadkę kryminalną - ciąg pozornie niezwiązanych ze sobą morderstw. zabiera się do tego fachowo: zaczyna chodzić. chodzi uważnie, tropiąc szczegóły, które mogą pomóc mu odnaleźć klucz do zagadki. spacerując, uczy się też miasta. obdarzony szczególnym spojrzeniem, spojrzeniem outsidera, dostrzega to, co kryje się przed wzrokiem tubylca. w głowie rysuje linie, tworzy wirtualną mapę, dzięki której może spoglądać na miasto z lotu ptaka (jastrzębia?). w "Gumach" odkrywanie miasta i poszukiwanie rozwiązania jest dwoma stronami tego samego medalu: odpowiedź na wszystkie pytania zakodowana jest w mieście - wystarczy w być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. wystarczy wychodzić rozwiązanie.

po to by po wyczerpującym dniu skończyć nad kieliszkiem whisky z towarzystwie nieznajomej w czerwonej sukni.



Gumy
Alain Robbe-Grillet
Wydawnictwo Tako
2007

sobota, 2 czerwca 2012

Roberto Bolaño, "Dzicy detektywi"

"Ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie"
(Andrzej Bursa, "Ja chciałbym być poetą")

"Dzicy detektywi" Roberta Bolano przedstawiają środowisko meksykańskiej młodzieży, w którym każdy już nawet nie tyle, że chciałby, każdy jest poetą. dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn, prostytutka Lupe jest chyba jedyną postacią, która nie skalała się poetyckim metrum. ma się wrażenie, czytając tę książkę, że poezja jest najważniejszym społecznym tematem, że życie w Meksyku kręci się wokół konkursów poetyckich, wydawania literackich pism i antologii nowej poezji meksykańskiej. zryw literacki jest silny, jednak poetom wcale nie jest dobrze, o swetrze i piesku nie wspominając. błąkają się po mieście, prowadzą hulaszczy tryb życia, piszą w kawiarniach, na ulicach, w cudzych domach. nazywają się bebochorealistami, realistami bebechowymi nawiązując do poetyckiego ruchu, który istniał w Meksyku przed nimi. jako ostatni dołącza do nich Poeta Garcia Madero.

i to właśnie on mógłby równie dobrze napisać taki wiersz jak Bursa, gdyby nie fakt, że świeżo namaszczonemu członkowi ruchu bebechorealistów nie wypadało zajmować się czymś innym niż trzewia. bo co tam dusza, cóż nam po introspekcjach?! postawa Garcii Madero to klasyczny przykład żarliwości neofity - chce być bardziej papieski niż sam papież. a papieży jest dwóch w tym wypadku: Arturo Belano i Ulises Lima - niekwestionowani przywódcy ruchu. jedna z najzabawniejszych scen w książce, to ta, kiedy razem z Garcią Madero jadą przez pustynię i on zadaje im pytania dotyczące poetyckiej terminologii. na większość z nich odpowiedź zna tylko on sam.

piątek, 1 czerwca 2012

Thomas Bernhard, "Wymazywanie" - ad (vocem) 2012

nie przeczytałam "Wymazywania" ponownie, choć pewnie powinnam była to zrobić, przed rekapitulacją swoich osądów sprzed lat. mam jednak nieodparte poczucie, że ta książka gdzieś tam jeszcze podskórnie we mnie siedzi, że nie dała się całkiem zapomnieć. więc wrażenia może nie są na świeżo, za to uleżane. co na pewno poddałabym w wątpliwość pisząc o "Wymazywaniu"z dzisiejszej perspektywy, to przekonanie o sile Franza. nie tyle chodzi o jego sugestywność, władzę bez czytelnikiem, bo to raczej pozostaje bez zmian, ile o taki obraz jego jako człowieka mocno osadzonego we własnych poglądach, niezależnego w takim stopniu, który umożliwia mu patrzenie na innych z góry. dziś widzę w postaci Franza dużo słabych punktów. jego przeprowadzka do Rzymu: była wyzwoleniem czy ucieczką? sposób, w jak postąpił z majątkiem rodziców: drwina z sióstr czy niesprawiedliwość? na pogrzebie był: opanowany czy przerażony? trudno powiedzieć. dziś na pewno w jeszcze mniejszym stopniu bym mu zaufała, zwłaszcza mając w pamięci sceny z bernhardowskiej sztuki "Rodzeństwo": władza zmarłych krewnych nad bohaterami była tak wielka, że obrócenie ich portretów twarzą do ściany wydawała się wyzwalającym rytuałem, rytuałem profanacji świętości.

a dlaczego Haneke i "Biała wstążka"? bo klimat tego filmu, społeczność, którą przedstawił, ma w sobie podobny pierwiastek fałszu i okrucieństwa, a duszny rygor kindersztuby tak samo skłania do buntu.



Wymazywanie. Rozpad
Thomas Bernhard
Wydawnictwo W.A.B
2005

piątek, 6 stycznia 2012

Guillaume Apollinaire, "Listy do Madeleine"

"Do widzenia, do jutra", reż. Janusz Morgenstern

"Jest w tym coś tak delikatnego i odległego, że wystarczy
       o tym pomyśleć, by stało się zbyt materialne
Kształt ograniczony niebieskim morzem stukotem pociągu
       w ruchu wonią eukaliptusów mimozy i sosen
       nadmorskich
Dotyk i zapach
I ta mała podróżniczka, która na dworcu w Marsylii
       skinęła nagle głową i odeszła
Nieświadoma
Że jej wspomnienie będzie się unosić nad laskiem Szampanii
       gdzie żołnierz na biwaku stara się wywołać przy ogniu
Obraz Madeleine z dymu kory brzozowej pachnącej
       minojskim kadzidłem
Podczas kiedy błękitnawe dymki wznoszące się z cygara
       piszą najczulsze z imion Madeleine
Ale również kłęby rozplatających się węży piszą wzruszające
       imię Madeleine którego każda litera zwija się w piękny
       lok angielski
I żołnierz nie śmie skończyć tej dwujęzycznej gry słów do
      której pobudza bezustannie leśna i wiosenna kaligrafia"
(G. Apollinaire, Madeleine, tłum. J. Hartwig)

do tej małej podróżniczki, poznanej w pociągu gdzieś na południu Francji pisze listy z okopów żołnierz Apollinaire. na początku dość oficjalne, w tonie chłodne, stopniowo przemieniają się w płomienną korespondencję. służy temu z pewnością umiłowanie słowa, cechujące protagonistów oraz siermiężne, wojenne warunki, dla których subtelne słowa listów są miłą przeciwwagą. chcąc wniknąć w ich treść, dowiedzieć się, co łączyło poetę z "małą wróżką" z Oranu, trzeba użyć wyobraźni, zadanie to niełatwe, bo znamy tylko listy z jednej strony frontu, te pisane przez Apollinaire'a, a do tych, które otrzymywał w odpowiedzi, nie mamy dostępu. korespondencja gęstnieje z biegiem czasu, choć się nie widzą, i znają wyłącznie z tych kilku chwil wspólnej podróży, zawiązuje się między nimi głęboka więź, ugruntowana w słowie właśnie, a z tej więzi, quasi-uczucie. Appolinaire pisze do Madeleine jak szalony, w każdej wolnej chwili i domaga się też od niej coraz dłuższych, coraz częstszych listów. w końcu się jej oświadcza, też listownie, a ta przyjmuje go jako narzeczonego. z jego listów przebijają dwojakie intencje: pochwała przymiotów ducha i wyraźna chęć ukształtowania Madeleine na wzór żony idealnej według ówczesnych obyczajów przeplatają się z namiętnymi wyznaniami, zahaczającymi wręcz o wyuzdanie. 
żar słów nie gaśnie, w znakach budują swój mit.
kiedy Apollinaire zostaje ranny, korespondencja nagle się urywa.


Listy do Madeleine






niedziela, 9 października 2011

Marcel Proust, "W poszukiwaniu straconego czasu"


niektóre książki czyta się dla samej przyjemności obcowania ze słowem, inne - dla twórczego zamysłu, który im przyświeca. dzieło Prousta należy do obu tych kategorii, znacznie je przekraczając. nieposzlakowana uroda frazy, a przy tym chłonność tego świata i sposób, w jaki nas wciąga i trzyma w swoim panowaniu. niewola, ale jakże słodka.

specyfika tego świata, inność, polega na tym, że stoi poza podziałem na realne i idealne. jest wysnuty, utkany z pamięci. złożony z cząstek świata rzeczywistego - wydarzeń, ludzi, wrażeń i przeżyć - jest swoistym gobelinem, szytym na kanwie realnego już według zamysłu artysty. Proust pisze: "śmierć jest procesem ciągłym. nie ma sekundy, w której nie umiera pamięć, ludzka osobowość". jest tutaj naturalnie skrajnym w swym stanowisku rzecznikiem poglądu o przemijalności świata, ale mówi też o czymś innym, o zanikaniu świata subiektywnego. jego zdaniem człowiek w jego psychicznej złożoności nie jest stały, podlega działaniu czasu i ten czas wpływa na zmienność jego charakteru. czas, a raczej wydarzenia w czasie rozmieszczone, nadają osobowości rozmaitych walorów, podsuwają jej rzeczy, z którymi może się utożsamić, które ją ubogacają, tworząc swoisty mikrokosmos tego, co człowiek mieni swoim.

tym, co chroni człowieka przed utratą wszystkiego, co mu zajaśnieje w życiu na moment, żeby potem przeminąć, jest pamięć. ona jest dowodem na to, że nie wszystko ginie, nie wszystko jest domeną śmierci. ona chroni nas przed poczuciem pustki, nicości, ona zdobi tę nicość tak jak gwiazdy zdobią niebo, przechowując to, co później świeci nam na firnamencie naszego życia. u Prousta ważną rolę odgrywa tzw. pamięć uczuciowa, która jest ze swej natury selektywna. nie jest do końca tak, jak sam pisze, że "każde miejsce jest uczuciem", są nim tylko miejsca przez nas wybrane, obarczone szczególnym ładunkiem emocjonalnym. tylko takie elementy realnej rzeczywistości, które są naznaczone, mają moc nie tylko przywracania nam wspomnień, w sposób namacalny wręcz, przez ich uobecnienie, ale także uświadamiania nam, z czego jesteśmy złożeni, co nas stwarza.

Proust podejmuje się więc aktywnej pracy z pamięcią, aby rozpoznać, rozświetlić samego siebie. jego podróż w przeszłość, przed meandry własnej pamięci, rozpoczyna się od smaku kawałka magdalenki  rozmoczonej w herbacie, który to smak staje się kluczem do szafy pełnej wspomnień, szczelnie dotąd zamkniętej. smak, dźwięk, zapach, wycinek pejzażu - to wszystko są znaki, punkty na mapie naszego wewnętrznego świata. można je nazywać, jak się chce, dla mnie są szklanymi paciorkami.

poniedziałek, 19 września 2011

Ingeborg Bachmann, Paul Celan "Listy"

Ingeborg. brzmi trochę jak Borges, wymawiany niepoprawnie, z polska. bardziej może jak profesor Borg, bohater filmu "Tam, gdzie rosną poziomki", a Bachmann to już całkiem jak Bergman. Ingeborg. wcale nie brzmi kobieco, raczej laboratoryjnie, jak cyborg i nie zwiastuje nic miękkiego. tylko jak Paul Celan pisze do niej "Ingeborg" to jest w tym jakaś czułość, pewnie wynik sąsiedztwa słów następnych, delikatnie zabarwionych uczuciami.

figurą, która najlepiej opisuje życie Bachmann, jest czworokąt. w jednym rogu jest ona sama, naprzeciw niej Celan - bratnia dusza, z która nie zaznaje spełnienia, po jego z kolei prawicy - jego żona Gisele, prawdopodobnie najbardziej łagodna i wyrozumiała istota pod słońcem. figurę domyka Max Frisch, znany niektórym jako autor "Homo Faber", partner życiowy Inge. każdy tu z każdym, jeśli się nie przyjaźni, to pozostaje w relacji serdeczności i wzajemnego szacunku. reszta ludzi to w życiu Bachmann cienie, cienką znaczone kreską. tak przynajmniej wynika z jej korespondencji, przede wszystkim z rodziną Celanów, niedawno u nas wydanej. ten kwartet zdaje się być samowystarczalny, albo inaczej - tak silnie więzami spętany. Ingeborg i Celan, pełen niedopowiedzeń romans. do końca swoich wspólnych dni podpisywali listy "twój", "twoja", choć z innymi łączyły ich dużo ściślejsze relacje. kim dla siebie byli? ona dla niego trochę mecenasem - dbała o interesy jego twórczości, on dla niej - kimś chyba ważniejszym, może dlatego godziła się na na te odejścia i nawroty miłości. kiedy w jej życiu pojawił się Frisch, napisała mu o tym w liście mniej więcej tak: "przyjechał, żeby spytać, czy z nim będę. zgodziłam się". i dalej: "napisz mi proszę coś dobrego".

 Dwójka z czwórki

efektem wieloletniej znajomości było nie tylko emocjonalne poplątanie. Bachmann i Celan prowadzili wymianę myśli, jeśli nie listownie to za pośrednictwem wierszy. fragmenty z Celana zasilają też jedyną ukończoną (i ponoć najlepszą) powieść Inge - "Malina". trudno doszukiwać się w niej bezpośrednich inklinacji biograficznych, choć jest w fabule kobieta i otaczają ją dwaj mężczyźni (trzej, jeśli doliczyć figurę ojca z oniryczno-wizyjnej części drugiej). choć można by spróbować. Celan byłby wtedy niedosięgłym Ivanem, na którego się czeka i za którym się tęskni. to jednak wątpliwe, bo bohaterkę niewiele z nim łączy na poziomie duchowym. Frisch znalazłby się w roli Maliny, odrobinę podstarzałego i rozlazłego "sublokatora", który wychodzi kiedy trzeba i wraca na ratunek. jednak i bez tych osobistych insynuacji, powieść świetnie się broni. soczysty język, przejmujące obrazy, pełne przemocy to pozbawiona taniego feminizmu wypowiedź na temat męskiej dominacji. i naprawdę dobra literatura.

może w życiu Ingeborg było tak jak w jej opowiadaniu "Trzy drogi do morza"? obierała kolejno kilka dróg, żadna jednak nie zaprowadziła jej do celu?


Czas serca. Listy
Ingeborg Bachmann, Paul Celan
Wydawnictwo a5
2010

poniedziałek, 5 września 2011

Fernando Pessoa, "Księga niepokoju"

wśród doktryn subiektywnych czołowe miejsce zajmuje ostatnio pessoanizm. swoje źródło ma on w "Księdze niepokoju" autorstwa najsłynniejszego lisbończyka w kapeluszu, połowicznie póki co przeczytanej. jednak to pół szklanki pełne jest obietnic, z których najważniejsza dotyczy godzenia sprzeczności i odnalezienia równowagi w obliczu niesprzyjających warunków.

co rano Bernard Soares - alter ego autora - przemierza tę samą, znaną mu dobrze drogę do pracy. jest taki dostojny, kiedy tak kroczy w kapeluszu, z obowiązkowo białym kołnierzykiem i w okularach, "pre-lenonkach". co rano zasiada do swych obowiązków pomocnika księgowego, które wypełnia z metodyczną wręcz skrupulatnością. swoją rolę wypełnia tak dobrze, że trzeba by wyjątkowej spostrzegawczności by zauważyć, że wcale go tam nie ma. jego własne biurko, za którym zasiada codziennie na przepisowe 8 godzin, to paradoksalnie ostatnie miejsce, w którym można go uświadczyć. Soares nie posiadł jednak trudnej sztuki bilokacji, transmutacji, czy jakiejkolwiek innej o dziwnie brzmiącej nazwie. wyzbył się natomiast wszelkich związków z rzeczywistością, na poziomie, na którym jest to możliwe. ta nieobecność nie ma nic wspólnego z roztopieniem się w rutynowych obowiązkach. świadomość pozostaje zawsze czujna, choć selektywna. i kiedy kończy się dzień pracy Soaresa, to tak naprawdę wszystko się zaczyna. egzystencja nabiera kształtu i kolorów, przestrzeń przestaje być ograniczeniem, intensywność wyobrażeń potrafi wynagrodzić nawet brak bezpośrednio przeżywanych uczuć. wyłącznie życie w sferze marzeń - zdaniem autora - warte jest przeżycia, osiąga bowiem poziom wysublimowany, nic nie ciągnie go w dół.    

środa, 24 listopada 2010

pro(b)log


Iluminowane litery ze średniowiecznych manuskryptów prezentują ludzi wpisanych w znaki, ludzi na znakach opisanych. Figury te są całkowicie poddane dominacji znaku, to on narzuca im kształt i układ, on je w całości w sobie zamyka.

W kaligrafii arabskiej litery przypominają koraliki nanizane na nitkę, a następujących po sobie słów często nie sposób wręcz rozdzielić - wyglądają jak jeden długi, nieskończony łańcuch, w którym jedno słowo pociąga za sobą kolejne, jedno z drugiego wynika.


Właściwie to znamy je tylko z widzenia. Słowa. Znajomość to raczej przelotna, mijamy je często na ulicach, zaś częściej się z nimi rozmijamy. Stykamy się tylko na chwilę, by zaraz znów dać im ulecieć. Nie potrafimy ich uchwycić, choćbyśmy się starali, tak subtelna jest ich materia, tak nietrwała. Ale i one nas nie chwytają, nie pojmują w swoje okowy. Więźniami ich jesteśmy tylko z pozoru. Znajomość to iście towarzyska, raz my się nimi zabawiamy, raz one nami. Nastrój szampański, impreza do białego rana. Jak to w takich relacjach, obowiązuje zasada: no strings attached. Nie ma ścisłej więzi pomiędzy nami a nimi, a ta, co jest, odnacza się przypadkowością. Tak nam przypadło w udziale, innego wyboru nie mieliśmy.

Znamy je tylko z widzenia, ale zdążyliśmy się już z nimi opatrzeć, wyglądają na nas zewsząd, czasem wyglądają trochę jak my, jak nasz obraz i podobieństwo. Opatrzyliśmy nimi dzieła nasze wszelkie, nadając im tym samym kszałt i strukturę, wydzielając im byt osobny. Czasem są opatrunkiem na nasze rany, zaklejamy nimi to, co ułomne i brzydkie, ukrywamy się za nimi jak za zasłoną dymną.

Słyszeliśmy je w mowie. Lecz o zmowie ich nic nie wiemy. O tym, że prowadzą tajne narady, za zamkniętymi drzwiami, o dywersyjnych zamysłach. Nie potrzebują nas. Radzą sobie samo-istnie, goło-słownie. Gdy tylko na chwile spuścić je z oka, z łańcucha, potrafią pięknie opowiadać, historie z nich tylko wysnute. Co znak, to mit. Są samo-dzielne, same się dzielą na części pierwsze, same się rządzą. Ich panowanie jest jednocześnie totalne i nieuchwytne. Pozornie tylko dają się nam ujarzmić w równe rzędy: słowo, przy-słowie, do-słownie. Tak naprawdę jednak to one same wyznaczają sobie ścieżki, które w kształcie niczym nie przypominają linii prostych.

Opowiadać tak, by nawlekać słowa jak koraliki na nitkę. Nieprzypadkowo, tak by nawzajem się pociągały. I dać się wpisać w znaki, dać się znakom opisać.
Kurtyna w górę!