Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 stycznia 2016

Hagiografka samozwańcza. Jacek Dehnel, „Matka Makaryna”

Gdyby nie istniała naprawdę, trzeba by było ją wymyślić. Aż dziw bierze, że niezwykłe losy matki Makaryny Mieczysławskiej, przełożonej zakonu bazylianek z Mińska, męczennicy za wiarę opisane w najnowszej powieści Jacka Dehnela nie są literacką fikcją. A jeszcze bardziej dziwi fakt, że blisko dwa wieki czekały na swoje fabularne opracowanie.

Makaryna Mieczysławska to ważna dla polskiej kultury i historii doby romantyzmu postać, dziś już nieco zapomniana. Makaryna była matką przełożoną w klasztorze mińskich bazylianek, który na mocy Unii Lubelskiej uznawał zwierzchność papieską i częściowy związek z  kościołem katolickim. Nie podobało się to carskim władzom, które na swoim terytorium chciały sprawować także rząd dusz. Carscy wysłannicy mieli więc doprowadzić do wstąpienia zakonów unickich na łono cerkwi prawosławnej, nawet jeśli nie było to wstąpienie dobrowolne. Opór i niezłomność zakonników były w niektórych przypadkach tak wielkie, że nie obyło się bez krwawych prześladowań – klasztory rabowano, a rozproszeni bazylianie błąkali się po świecie. Wśród nich była Makaryna Mieczysławska. Jako jednej z trzech zakonnic udało jej się uciec z klasztoru, gdzie więziono i męczono niewinne siostrzyczki, i dostać na Zachód, najpierw do Poznania, a stamtąd do Paryża i Rzymu, by głosić światu swoje męczeństwo. 


Fot. Polona.pl

Matka Makaryna nie mogła trafić na lepszy moment – jako żywy dowód bezwzględności władzy cara była pokrzepieniem dla rozbitej po klęsce powstania polskiej emigracji w Paryżu. Przychodzili do niej i Norwid i Słowacki, ten pierwszy jak wystraszony uczniak, drugi oddał jej hołd w obszernym poemacie „Rozmowa z matką Makaryną Mieczysławską bazylianką w Paryżu”, gdzie przyrównuje ją do Mojżesza, który prowadzi swój lud i szczegółowo zdaje relację z jej tragicznych losów. Prosta bazylianka, o twardym charakterze i radykalnym rozróżnieniu dobra i zła stanowiła niezbędną przeciwwagę dla mistycznej sekty skupionej wokół Towiańskiego. Kulminacją jej potęgi były osobiste audiencje u papieża w Rzymie i doprowadzenie do głośnej spowiedzi Mickiewicza, w której ten wyrzekł się związków z Towiańskim.

sobota, 9 stycznia 2016

Bogowie zapomnienia. Wit Szostak, „Wróżenie z wnętrzności”

Wit Szostak napisał współczesny mit o odchodzeniu i trudnych powrotach w arkadyjskiej scenerii opuszczonej stacji kolejowej.

Nie ma ostatnio roku bez nowej książki Wita Szostaka. „Wróżenie z wnętrzności” ukazało się w październiku 2015 r. i jest kolejnym dziełem w „pisarskim ciągu” autora, po nominowanych do Paszportów Polityki 2014 „Stu dniach bez słońca”, a wcześniej polifonicznej „Fudze” (2012), para-historycznym „Dumanowskim” (2011) i „Chochołach” (2010). Tym samym pisarz z Krakowa dołącza do grona najbardziej płodnych literacko pisarzy młodego pokolenia, ale jego najnowsza powieść nie budzi tyle kontrowersji co diarystyczne próby Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha. Choć, według informacji podanej na ostatniej stronie, książka powstała w zaledwie dwa miesiące, nie można jej nazwać pisaną „na kolanie”, a warsztat pisarski Szostaka może imponować dojrzałością i indywidualnym stylem.

Akcja „Wróżenia z wnętrzności” rozgrywa się w scenerii, która jest spełnieniem marzeń zwolenników ruchu slow life. W sercu beskidzkiego lasu, wśród gór, a z dala od cywilizacji budynek nieczynnego dworca kolejowego zamieszkują Mateusz i Marta, a z nimi Błażej – „głupi brat” Mateusza. Na przysypanych ziemią torowiskach zamienionych na grządki Marta z oddaniem uprawia swoje pomidory i inne gatunki warzyw, Mateusz zaś często wychodzi w góry i odwiedza ukrywającego się w lasach Porucznika – byłego funkcjonariusza SB. Ich życie płynie na pozór spokojnym i harmonijnym nurtem, rządzone odwiecznym rytmem pór roku. Latem można opalać się nago na peronie, zima to czas pracy w domowym zaciszu. W tym świecie nie pada wiele słów. „Nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powiedziane, bo słowa są ważne i trzeba ich używać rozsądnie. Mateusz powiedział mi kiedyś, że słowa zużywają się i kiedy zbyt często mówimy, to może ich zabraknąć na rzeczy naprawdę ważne” – pisze Szostak. Sielankę przerywa tylko raz na jakiś czas wizyta hałaśliwych znajomych z dużego miasta. 

 Fot. Polona.pl

Poświatów – bo taką nazwę nosi opuszczona stacja kolejowa – to przestrzeń niespełnionych nadziei. W tym miejscu miało powstać uzdrowisko, tłumnie odwiedzane przez kuracjuszy, a dworzec miał być ich łącznikiem z cywilizacją. Z niewiadomych przyczyn pomysł upadł i pociągi przestały tamtędy przejeżdżać. Ten swoisty koniec świata jest celem ucieczki dla Mateusza i Marty, bo od początku wiemy, że oni uciekają, że mieli jakieś życie „przed potopem”, jak zwykł o tym mówić Mateusz. Nieprzypadkowo wybrali dworzec, miejsce „wiecznego teraz”, przystanek na chwilę, nie posiadający przeszłości ani przyszłości. W tym kontekście nazwa ich schronienia wydaje się być symboliczna. Poświatów jako miejsce, do którego udają się ludzie „po-świecie”, po rozczarowaniu tym światem. W innym sensie, Poświatów może brać się od  poświaty, blasku,  jaki bije od boga i bogini, bo Mateusz i Marta są bogami, „bogami zapomnienia”, o czym przekonuje „głupszy brat” Mateusza, Błażej. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Wędrowiec podwójny. Dominika Słowik, "Atlas: Doppelgänger"

To był jeden z głośniejszych literackich debiutów minionego roku. Wydanej  w marcu 2015 roku powieści Dominiki Słowik „Atlas: Doppelgänger” patronował sam Paweł Huelle. Ten dobór „promotora” nie powinien dziwić – proza młodej, zaledwie 26-letniej debiutantki nastrojem i tematyką przypomina z pewnością najbardziej znaną książkę Huellego – „Weiser Dawidek”. Tak samo mamy w niej odmalowane czasy dzieciństwa, świat balansujący na granicy realizmu i fantastyki i jakąś grozę, która kryje się w tym, co pozornie niewinne. Powieść Huellego to tylko jedno ze skojarzeń jakie przywoływać może „Atlas: Doppelgänger”. Inne, bardziej znane i wymieniane przez wydawcę na okładce książki, to Macondo i ulica Krokodyli, czyli realizm magiczny Gabriela Garcii Marqueza i oniryczna poetyka Brunona Schulza. 

Dominika Słowik. Fot. Wojciech Karliński

Na pierwszy rzut oka powieść Dominiki Słowik zdaje się być kolejną „biografią lat dziewięćdziesiątych” Jej ukazanie się jest wyraźnym sygnałem przemiany generacyjnej na polskiej scenie literackiej – do głosu zaczynają dochodzić pisarze, którzy większość swojego dzieciństwa przeżyli już po upadku komunizmu. Po „Znakach szczególnych” Pauliny Wilk, która kolektywne doświadczenie dojrzewania w tej przełomowej dekadzie, wycisnęła do granic możliwości, powieść Słowik mogłaby się wydawać co najmniej wtórna. Na szczęście autorka „Doppelgängera” nie poprzestaje na epickich skądinąd opowieściach o baronach węglowych okresu transformacji i rodzajowych obrazkach niedzielnego obiadu w polskim domu, gdzie rosół popija się coca-colą z kultowego „arkoroka”. Nostalgiczna przestrzeń dzieciństwa jest dla niej tylko kontekstem, w którym rozgrywa się zasadnicza opowieść.

sobota, 2 stycznia 2016

Forteca Franza Kafki. Dino Buzzati, „Pustynia Tatarów”

„Pustynia Tatarów” Dina Buzzatiego zaczyna się tak jakby autorem jej był sam Franz Kafka. Na granicy państwa o nieznanej nazwie, rządzonego przez króla o nieznanym imieniu przy pomocy silnie zhierarchizowanego wojska, stoi majestatyczna Forteca Bastiani. Nie jakaś tam zwykła warownia wojskowa, ale właśnie Forteca przez duże „F”. Podobnie jak w kafkowskim „Zamku”, rządzą tu ściśle określone zasady, których wykładnią jest szczegółowy regulamin Fortecy, a jego egzekucją, w sensie dosłownym, zajmują się dowódcy twierdzy. Nie można na przykład przekroczyć fortecznej bramy, jeśli nie zna się hasła, które zmieniane jest raz na dwadzieścia cztery godziny, choć wszyscy żołnierze dobrze się tam znają i takie środki ostrożności teoretycznie są zbyteczne. Ale to nie koniec, a dopiero początek absurdów. Forteca ma za zadanie strzec granic, nie wiadomo tylko, przed kim, bo za jej murami rozciąga się ogromna pustynia. Bezludna i opuszczona. Kiedyś podobno przybyły stamtąd tatarskie hordy, by przypuścić atak na Fortecę, ale było to tak dawno, że nie pamiętają tego nawet najstarsi żołnierze.

Dino Buzzati

Forteca Bastiani jest celem młodego, pełnego żołnierskich ideałów oficera Giovanniego Drogo. Niewiadomo, z jakiej przyczyny, przez jaką wojskową instancję został tam przydzielony, ale w podróż wyrusza pełen nadziei, że tam właśnie czekają na niego wojskowa sława i bohaterskie czyny. Forteca wydaje się żołnierzowi Drogo ważnym punktem na wojskowej mapie królestwa, miejscem prestiżowym, przede wszystkim zaś przyczółkiem o znaczeniu strategicznym dla losów monarchii. Jeszcze zanim dotrze pod mury Fortecy, zanim zobaczy ją w całej okazałości, jego wyobrażenia zostaną bezlitośnie rozwiane przez kapitana, którego spotyka na swojej drodze. Ten przedstawia mu niezbyt zachęcającą perspektywę. Zamiast sławy i chwały, uporczywa nuda i rutynowość zadań, zamiast możliwości wykazania się odwagą, przymus spełniania bezcelowych rozkazów. Nawet w papierach nie wygląda to dobrze. Dowódcy wojskowi traktują Fortecę z pobłażaniem, a służba tam wcale nie gwarantuje honorów i poważania w przyszłości.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Listy młodego poety. Ingeborg Bachmann, "Dziennik wojenny"

Ingeborg Bachmann

Najpiękniejsze lato w życiu Ingeborg Bachmann, opisane najpierw na kartach „Dziennika wojennego”, a potem w tęsknych listach Jacka Hamescha – ta niewielka książeczka pozwala nam zajrzeć w świat młodzieńczych marzeń i myśli jednej z najważniejszych austriackich pisarek XX wieku.

Całość recenzji "Dziennika wojennego" Ingeborg Bachmann i listów Jacka Hamescha na:


Dziennik wojenny
Ingeborg Bachmann
Listy Jacka Hamescha
Wydawnictwo Czarne
2015

wtorek, 17 lutego 2015

"Niewyraźna barwna plama". Patrick Modiano, "Willa Triste"


 Vincent van Gogh, Gwiaździsta noc

Każdy z nas przeżył kiedyś takie lato. Gdzieś na styku dzieciństwa i dorosłości, gorące od słońca i nowych, emocjonujących doświadczeń. Uwolnieni od codziennych obowiązków, zanurzeni w wakacyjnej beztrosce, żyliśmy tak, jakby miało to trwać wiecznie. Różna mogła być wówczas sceneria, różny przebieg wydarzeń, jedno natomiast pozostaje niezmienne: wrażenie nowości i świeżości, jakie przynosił każdy kolejny dzień. Nieświadomi, stąpaliśmy po najstarszym szlaku świata, i tak, to musiało się skończyć.

"Nigdy dotąd nie widziałem równie pięknych, równie krystalicznych nocy, co tamtego lata".

Victor Chmara, główny bohater powieści Patricka Modiano "Willa Triste" jeszcze tego nie wie, poznajemy go w momencie, kiedy trwa jeszcze w błogim zachwycie i rozkoszuje się życiem i młodością. Ma 18 lat, spędza wakacje w jednym z kurortów położonym w sercu Górnej Sabaudii.W góry przywiodła go oficjalnie chęć poratowania zdrowia, a tak naprawdę lęk przed wojną francusko-algierską i perspektywą mobilizacji do armii, akcja książki dzieje się bowiem w latach 60. XX wieku. Victor boi się wszystkich i wszystkiego, obsesyjne lęki zatruwają jego życie i utrudniają nawiązywanie trwałych relacji z rówieśnikami. 

czwartek, 8 maja 2014

Pasażerka. Agnieszka Wolny-Hamkało, "Zaćmienie"

Pasager, to w języku francuskim pieszy, ale tak podobnie brzmiąca „pasażerka”, kojarzy się już wyłącznie z siedzeniem na tylnym fotelu, byciem przewożonym, czy nawet przenoszonym w przestworzach. Tak jak ambulans, nic nie ma już wspólnego z przechadzaniem się. Ruch się intensyfikuje, tempo wzrasta, słowa tracą związek ze swoim rdzeniem. Gdzieś tutaj dokonuje się niby drobna, ale jakościowo istotna zmiana. Pasażer staje się bierny, nie ma już tej wolności, którą posiadał pieszy wędrowiec. Z drugiej strony, bycie pasażerem daje komfort nie dbania o nic, ani o cel podróży, ani o to, jak do niego dotrzeć.

***
Porzucona przez narzeczonego eks-policjantka trudni się poszukiwaniem niesamowitych historii na zlecenie konsorcjum wydawniczego braci Casado. Ewa, bo tak ma na imię, jest wręcz stworzona do takiej pracy. Jej cechą charakterystyczną jest talent do wpadania w tarapaty i absolutny brak instynktu samozachowawczego – tam, gdzie przeciętnemu człowiekowi (nie tylko kobiecie!) zapaliłaby się czerwona lampka ostrzegawcza, ona jest niczym byk na corridzie – do tej czerwieni właśnie ją ciągnie. Ewa jest ciągle w ruchu. Jeśli nie jeździ pospiesznym po całej Polsce, to wydeptuje osiedlowe ścieżki ze swoim wiernym kompanem – spanielką, o nieprzypadkowym imieniu She – u boku. W tle mamy apokaliptyczne nastroje, wojny światów i ludzi zbrojących się w teleskopy. O tym – w wielkim skrócie – jest „Zaćmienie”, prozatorski debiut Agnieszki Wolny-Hamkało.

"Melancholia", reż. Lars von Trier

wtorek, 11 lutego 2014

"Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej"


Marginesy i peryferia wcale nie są w kontekście tej książki czymś pejoratywnym. Wręcz przeciwnie, zostają dowartościowane nie tylko jako jeden z podstawowych fantazmatów Brunona Schulza, ale też jako sposób podejścia do twórczości pisarza z Drohobycza skupiający się na tym, co marginalne tylko pozornie. W „Przewodniku” czytamy o peryferiach że to miejsca, gdzie „na wierzch wychodzi to, co centrum pracowicie ukrywa o sobie samym” (Jakub Majmurek), miejsca, w których „najpewniej należałoby się spodziewać kosmicznego Erosa” (Agata Bielik-Robson), w przeciwieństwie do centrum, które pozostaje martwe. Peryferyjne jest więc pisanie o sporze Gombrowicza z Schulzem wokół „doktorowej z Wilczej”, wymyślanie scenariuszy dla nieistniejących filmów o nieistniejących książkach („Mesjasz”), opowiadania o „różowych Murzynach” (inspirowane Schulzem) czy kosmiczny komiks Patryka Mogielnickiego z tekstem z epoki przedkosmicznej (Schulz). Cóż, czasem najciekawsze jest to, co leży poza mapą.

Całość recenzji "Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej" na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/schulzem-po-mapie/ 


Schulz. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
2012

czwartek, 9 stycznia 2014

Sandor Márai, "Maruderzy"


„Maruderzy” to nie tylko ostatnia część cyklu powieściowego „Dzieło Garrenów”, to także jego summa. Kumulują i intensyfikują się tutaj wszystkie wcześniej poruszane przez Máraiego wątki. Sam autor pisał o niej w dzienniku: „Ten tom zawiera wszystko, co chciałem powiedzieć”.

Całość recenzji "Maruderów" Sandora Máraiego na:

środa, 15 maja 2013

Amos Oz, "Wśród swoich"


Świat kibucu Jikhat to społeczność ludzka w pigułce, a jednocześnie laboratorium międzyludzkich relacji. Osadnicy żyją typowymi ludzkimi sprawami, takimi jak problemy wychowawcze, zdrady małżeńskie, niespełnione miłości i ambicje, ale też specyficznymi problemami kibucu (kwestia wysyłania mieszkańców na studia, opieka nocna nad dziećmi przebywającymi w dziecińcach). Oz tworzy galerię postaci nietypowych, a jednocześnie bliskich odbiorcy. Mamy na przykład Cwiego Prowizora, człowieka żywiącego się złymi wiadomościami; Arielę, „tę trzecią”, która nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji; Davida Dagana, idealistę z krwi i kości, uwodzącego nieletnie, czy Martina Vanderberga, szewca esperantystę. „Każdy z nich coś stracił” – stwierdza Oz.

Całość recenzji "Wśród swoich" Amosa Oza na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/wiecej-milosci/ 



Wśród swoich
Amos Oz
REBIS
2013

środa, 17 kwietnia 2013

Leopold Tyrmand, "Cywilizacja komunizmu"


„Cywilizacja komunizmu” z założenia nie jest ani beletrystyką, ani literackim esejem. Wydaje się, że znalezienie „trzeciej drogi” wychodzi Tyrmandowi świetnie, bez uszczerbku dla jego literackich ambicji. Książka obfituje w humor językowy i satyryczne obrazki na najwyższym poziomie. Mała dziewczynka nazwana „bojownikiem o sens współczesnej cywilizacji” za to, że chciała buciki od Stalina; szturm narodu na sklep, w którym „rzucili” papier toaletowy; porady lekarskie, jakich podsłuchującemu udzielają podsłuchiwani – te i wiele innych absurdów Tyrmand ukazuje brawurowo.

Całość recenzji "Cywilizacji komunizmu" Leopolda Tyrmanda na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/komizm-i-komunizm/ 


Cywilizacja komunizmu
Leopold Tyrmand
Wydawnictwo MG
2013

środa, 27 marca 2013

Wit Szostak, "Fuga"

„Nazywam się Bartłomiej Chochoł” – tym zdaniem autor otwiera każdą z ośmiu opowieści zawartych w książce. Wydaje się, że po takim początku zostaniemy uraczeni historią o starych, dobrych czasach, a Szostak będzie starał się wskrzesić eposowo-biblijną tradycję oral history, siedząc w fotelu i pykając fajkę. Tak się jednak nie dzieje, narracja w „Fudze” nie płynie gładko, jest strumieniem pełnym dysonansów i chwil wahania. Narrator walczy przez cały czas z własną, pełną luk pamięcią. Dlatego tak wiele tu powtórzeń i powracających fraz. Poruszamy się po nitce po kłębka, nawlekamy fakty jak koraliki na sznurek.

Całość recenzji "Fugi" Wita Szostaka na:
http://xiegarnia.pl/recenzje/koszmar-z-ulicy-s/ 


 Fuga
Wit Szostak
Lampa i Iskra Boża
2012

piątek, 8 marca 2013

Roberto Bolaño, "Rozmowy telefoniczne"

Wchodząc w świat Roberta Bolaño, można mieć pewność, że jest to przestrzeń kompletna, opisana w najdrobniejszych szczegółach, bez dziur i niedopowiedzeń (co wcale nie znaczy, że przewidywalna). Nie bez wpływu na to wrażenie pozostaje ilość zapisanych stron. Dlatego też pojawia się odrobina niepokoju, kiedy w ręce wpada cieniutka książeczka. Dla sympatyków prozy Roberta Bolaño lektura „Rozmów telefonicznych” jest jak test: „obroni się czy się nie obroni?”. Z tej próby Chilijczyk wychodzi zwycięsko. Posiadł on bowiem rzadką umiejętność kondensacji, co sprawia, że opowiadania są równie gęste, co najgrubsze z powieści.

Całość recenzji "Rozmów telefonicznych" Roberta Bolaño na:


Rozmowy telefoniczne. Opowiadania
Roberto Bolaño
Wydawnictwo Muza
2013

środa, 30 stycznia 2013

Alan Hollinghurst, "Obce dziecko"

Wypada już na wstępie pochwalić odważny zamysł Alana Hollingursta, zamysł napisania  epickiej powieści-panoramy minionego wieku, w której tłem do wydarzeń fabuły byłyby obyczajowe i kulturowe przemiany na przestrzeni blisko stu lat. Ze świecą szukać dziś drugiego takiego śmiałka w literackim świecie, w którym dominuje obecnie raczej estetyka fragmentu. A jednak Hollinghurst wybija się ponad te tendencje i pisze książkę ambitną (bez wątpienia), która stylistyką nawiązuje do największych osiągnięć anglojęzycznej prozy.

Całość recenzji "Obcego dziecka" Alana Hollinghursta na:

Obce dziecko
Alan Hollinghurst
Wydawnictwo Muza
2012

czwartek, 24 stycznia 2013

Sandor Márai, "Znieważeni"

Kolorowy świat Paryża, pełen twórczego fermentu i intelektualnego blichtru przybliża nam Márai w powieści „Znieważeni”, włączonej do cyklu „Dzieło Garrenów”, który przez samego pisarza uznawany był za jego największe literackie osiągnięcie. W przeciwieństwie jednak do jego wspomnień, rzeczywistości powieściowej nie cechuje już taka beztroska i kult młodego, wolnego ducha. Akcja książki rozgrywa się bowiem w latach 30., kiedy to na delikatnej skorupce powojennego ładu można było dostrzec już pierwsze pęknięcia. Na razie jeszcze nieznaczne i widoczne tylko dla wybranych – obdarzonych przenikliwym wzrokiem pisarzy i intelektualistów.

Całość recenzji "Znieważonych" Sandora Máraiego na:

Znieważeni 
Sandor Márai
Czytelnik
2012

Egon Bondy, "Szaman"

Bohater "Szamana" jest patriarchą à rebours, a jego światem rządzi opaczność (nie mylić z opatrznością). W praktyce wygląda to tak: kiedy już, drogi czytelniku, wyrobisz sobie zdanie odnośnie podziału sił w tym zakręconym świecie, Bondy znowu zrobi użytek ze swoich przewrotnych, nomen omen, talentów – i znów stracisz równowagę. Pytania będą się mnożyć: dlaczego szaman, który władny jest wejść w wielki trans, podróżować po przed- i zaświatach (opcjonalnie nad- i pod-), ucieka się do tanich sztuczek niczym iluzjonista z objazdowego cyrku? Dlaczego filozof, który nie wierzy w śmierć, a uznaje jedynie wieczne trwanie rzeczy w zmiennych postaciach, tworzy cykl zatytułowany "Pieśni ostatniego roku"? I skąd do cholery szarlatan hordy jaskiniowców w samym sercu stepu wytrzasnął mokasyny?!

Całość recenzji "Szamana" Egona Bondego na:


Szaman
Egon Bondy
Korporacja Ha!art
2012

niedziela, 30 grudnia 2012

Seweryn Udziela, "Krakowiacy"

Blisko 90 lat po pierwszym wydaniu, nakładem wydawnictwa Bona ukazało się wznowienie dzieła Seweryna Udzieli Krakowiacy. Drobiazgowy zapis codzienności mieszkańców podkrakowskich wsi nie stracił wcale na aktualności, w tym znaczeniu, że jest wdzięczną pamiątką po świecie, którego już nie ma.

Seweryn Udziela, krakowski etnograf, już za życia krytykowany był przez kolegów-badaczy, zostawił jednak dzieło trwalsze niż ich uczone traktaty – Muzeum Etnograficzne w Krakowie, które dziś nosi jego imię. Zarzucano mu, że nie jest do końca „naukowy”, że nie prowadzi badań w terenie, a skupia się jedynie na opisie interesujących go zjawisk. Po latach antropologia kulturowa dowartościuje obserwację jako technikę badawczą, zajmie się też analizą tekstów kultury. To wszystko już w latach 20. XX wieku pociągało Udzielę, a najlepszym wyrazem jego badawczej postawy są właśnie Krakowiacy.

Krakowiacy to – w przeciwieństwie do Krakowian – mieszkańcy wiosek rozsianych gęsto wokół grodu Kraka. Udziela przygląda im się bardzo uważnie, wręcz całościowo. Jego traktat porusza tak zróżnicowane kwestie jak wygląd zewnętrzny, sposób ubierania się, cechy charakteru, zatrudnienie i zajęcia w czasie wolnym, charakterystyczne dla Krakowiaków. Czytając dziś dzieło Udzieli, nie sposób uwolnić się od porównań ze współczesnością – dla przykładu strój noszony przez lud krakowski składa się z tylu elementów, że dzisiejszemu człowiekowi byłoby trudno nawet je wszystkie wymienić, o zakładaniu nie wspominając.

Udziela przedstawia życie Krakowiaków wpisane w dwa cykle – cykl świąt liturgicznych, który jest jednocześnie cyklem przemian przyrody, i cykl życia ludzkiego – od narodzin do śmierci. Patrząc na życie krakowskiego ludu z obu tych perspektyw, Udziela szczegółowo przedstawia momenty przejścia pomiędzy etapami, radzenia sobie społeczności z momentami trudnymi i przeżywanie radości. Ta właśnie część książki, poświęcona obyczajom i rytuałom Krakowiaków, wydaje się dzisiaj najciekawsza. I my bowiem do pewnego stopnia kultywujemy dziś podobne zwyczaje, nierzadko jednak w znacznie okrojonej formie, czasem okrojonej z tego, co najważniejsze – ich pierwotnego sensu.

Thomas Bernhard, "Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann"

Dwa lata temu nakładem PIW-u ukazała się cieniutka książeczka, zawierająca zapis rozmów Thomasa Bernharda i dziennikarki Kristy Fleischmann. To niepozorne wydawnictwo kryje w sobie szokujące zwierzenia jednego z najważniejszych pisarzy austriackich XX wieku. Jakie jest artystyczne credo Bernharda? – tego się z książki nie dowiemy. Poznamy za to jego poglądy na poezję kobiecą, jego własną wizję nieba i marzenia o tym, żeby zostać papieżem.


W czasach szkolnych codziennie pokonywałam tę samą trasę – pomiędzy domem a budynkiem podstawówki. Od ruchliwej ulicy chodnik oddzielony był szpalerem żywopłotu o drobnym listowiu. I zawsze, gdy tylko wkraczałam na ścieżkę, wyciągałam dłoń w stronę zielonych krzaków – w ręce zostawała garść liści, które następnie rozmieniałam na drobne i rozsypywałam po drodze. Czasem zdarzało mi się obrócić za siebie – wyglądało to tak jakby ktoś zostawiał po sobie zielone ślady.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy podobną przypadłość odkryłam u Thomasa Bernharda, właściwie to powinowactwo sprawiło, że przypomniałam sobie o tym szczególe. Bernhard zwierzył się z niej w jednej ze swoich rozmów z Kristą Fleischmann, zebranych i wydanych w zbiorze zatytułowanym po prostu „Spotkanie”. Idąc, zawsze zrywam liście i rwę je na kawałki – mówi Bernhard – swój zwyczaj tłumacząc „instynktem zabawy”, który ma towarzyszyć pisarzowi zawsze i w każdej sytuacji.

I faktycznie, „Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann” są książką przede wszystkim zabawną. Rozczarują się więc ci, którzy oczekują po tej pozycji systematycznego wykładu artystycznego i osobistego credo austriackiego pisarza. Treść książki jest bowiem zgoła niepoważna. W dobry humor wprawia już okładka, którą początkowo można uznać za wpadkę niedoświadczonego grafika – dopiero w kontekście treści książki obrazek ten nabiera odpowiedniej wymowy. Na rysunku widzimy dumne oblicze pisarza, który w uroczystym geście trzyma w jednej dłoni kielich z winem, w drugiej zaś nadgryziony owoc (chyba melon?). Na jego jednym ramieniu dłoń kładzie personifikacja Dionizosa, na drugim – kościotrup z kosą. Grafikę wieńczą u góry palmy na tle zachodzącego słońca, po bokach zaś piekielne (zapewne) płomienie. Całość może na początku budzić konsternację, ale – jak pisałam – w kontekście książki staje się całkowicie zrozumiała.

Słońce i palmy wzięły się zapewne stąd, że największa część rozmów Bernharda z Fleischmann zarejestrowana została na Majorce. Materiał miał być przeznaczony dla telewizji – nie został wykorzystany w całości – ze względu jednak na jego wagę dziennikarka podjęła się spisania i rekonstrukcji swoich spotkań z Bernhardem. Potem mieli okazję rozmawiać jeszcze dwa razy: w Wiedniu, na krótko po wydaniu kontrowersyjnej „Wycinki” (1984 r.), i w Madrycie w 1986 roku. Zapis tych rozmów, wzbogacony licznymi „didaskaliami” Fleischmann, składa się na treść książki.

Plaża pod palmami to nie jest otoczenie, w którym łatwo jest sobie wyobrazić Bernharda. Pisarz znacznie lepiej komponuje się z krajobrazem mrocznej, opustoszałej środkowoeuropejskiej prowincji, gdzie klimat jest ostry i nieprzychylny. Lektura „Spotkania” z pewnością kładzie kres wielu  - nie tylko takim - wyobrażeniom o Bernhardzie, jakie czytelnik mógł sobie wytworzyć na podstawie jego książek. Czy daje w zamian obraz prawdziwszy? Tego nie można stwierdzić na pewno. Bernhard bowiem, jako człowiek obdarzony niebywałą inteligencją, wymyka się wszelkim określeniom ostatecznym, nazwom i kategoryzacjom, a dla swej rozmówczyni jest wyjątkowo trudny, wpędza ją w ślepe zaułki, nieustannie ironizuje, a czasem nawet udaje mu się odwrócić role i z pytanego staje się pytającym. Jego instynkt zabawy nie śpi ani przez moment.

niedziela, 14 października 2012

Marek Bieńczyk, "Książka twarzy"

W eseju poświęconym malarstwu Paula Cezanne'a Maurice Merlau-Ponty zwrócił uwagę na rolę intelektu w tworzeniu dzieła malarskiego. Zdaniem Cezanne'a - co podejmuje za nim Merlau-Ponty - istota sztuki, jej źródło, tkwi w "dostrzeganiu osobistym", co można rozumieć jako jednostkowe odczucie, treść indywidualnej percepcji. Rolą umysłu jest tej treści uporządkowanie, nadanie jej takiego kształtu, dzięki któremu może zostać rozpoznana jako dzieło malarskie. W myśleniu Cezanne'a te dwa porządki muszą być od siebie radykalnie oddzielone: postrzeżenie, które cechuje spontaniczność, brak wyraźnego ustrukturyzowania oraz porządek idei i nauk, wspierający się na precyzyjnie określonych zasadach. Rolą intelektu - w odniesieniu do dzieł malarskich - jest zatem przekształcanie jednego w drugie, nadanie wyrazistej formy luźnym zdobyczom percepcji.

O tym, że można w podobny sposób myśleć o literaturze, przekonuje nas Marek Bieńczyk i jego najnowsza "Książka twarzy", laureatka tegorocznej Literackiej Nagrody NIKE. Na zbiór składają się publikowane wcześniej teksty eseistyczne, które Bieńczyk zbiera pod wspólnym szyldem "Książki twarzy". Nazwane "literackim facebookiem" przez niezbyt rozgarniętych krytyków i żądnego zysku wydawcy, najnowsze dzieło Bieńczyka jest w jego dorobku fenomenem, który bardzo dobrze prezentuje konsekwentnie obraną przez pisarza drogę, drogę którą w skrócie można nazwać: od obiektywności, do subiektywności poprzez esej.

niedziela, 10 czerwca 2012

Miguel de Unamuno, "Ciotka Tula"

"Ciotka Tula" Migeuela de Unamuno to powieść skromna i oszczędna. skromna ze względu na swoją objętość, a także stosunkowo ciasne granice świata przedstawionego. oszczędna, bo unika epatowania zbędnymi szczegółami, skupia się raczej na rysowaniu grubą kreską postaci i epizodów. sam autor "Ciotkę Tulę" zaliczał do gatunku tzw. nivola - w opozycji do novela, po hiszpańsku powieść. być może kluczem do tego rozróżnienia jest swoista drobność - nie błahość - opowiastek, których przykładem może być właśnie "Ciotka Tula", opowiastek, które nie roszczą sobie praw do całościowej reprezentacji świata, ale skupiają się wyłącznie na jego niewielkmi wycinku, w których nie mówi się o ważnych dziejowych wydarzeniach, ustępują one bowiem miejsca epizodom codzienności.

skromna i oszczędna - taka jest też tytułowa bohaterka powieści. nie chodzi tu jednak o jej sposób gospodarowania pieniędzmi - o tym nie ma w tekście mowy, w ogóle można mieć wrażenie, że bohaterowie żyją manną z nieba - a o jej prywatną ekonomię uczuć. nie jest rozrzutna, nie pozwala sobie na wiele. żyje zgodnie z kodeksem zasad, stworzonym zapewne przez nią samą, zakorzenionym jednak w dużej mierze w hiszpańskim katolicyzmie z początku wieku. w kodeksie tym naczelną wartością jest czystość, rozumiana jako wyrzeczenie się zmysłowych przyjemności. stąd tak duża u Tuli determinacja w odrzucaniu kolejnych męskich awansów. męskość do dla niej siedlisko zła, zaś wszelkie przywileje należą się mężczyznom tylko dlatego, że nie są oni w stanie kontrolować własnych namiętności. źródeł takiego poglądu można się naturalnie doszukiwać w religijności Tuli, choć nie jest ona bardzo żarliwa. do katolickiej ideologii ma stosunek pobłażliwy, pamięta lekcje udzielane jej przez wuja-księdza don Primitiva (sic!), ale kieruje się raczej własnym rozumem.nawet kiedy na małżeństwo namawia ją jej prywatny spowiednik, odmalowując jasne strony pożycia małżeńskiego, Tula pozostaje jednak niezłomna. większą rolę odgrywa dla niej poczucie obowiązku i służba tym, których jej powierzono.