To był jeden z głośniejszych literackich debiutów minionego roku. Wydanej w marcu 2015 roku powieści Dominiki Słowik „Atlas: Doppelgänger” patronował sam Paweł Huelle. Ten dobór „promotora” nie powinien dziwić – proza młodej, zaledwie 26-letniej debiutantki nastrojem i tematyką przypomina z pewnością najbardziej znaną książkę Huellego – „Weiser Dawidek”. Tak samo mamy w niej odmalowane czasy dzieciństwa, świat balansujący na granicy realizmu i fantastyki i jakąś grozę, która kryje się w tym, co pozornie niewinne. Powieść Huellego to tylko jedno ze skojarzeń jakie przywoływać może „Atlas: Doppelgänger”. Inne, bardziej znane i wymieniane przez wydawcę na okładce książki, to Macondo i ulica Krokodyli, czyli realizm magiczny Gabriela Garcii Marqueza i oniryczna poetyka Brunona Schulza.
Dominika Słowik. Fot. Wojciech Karliński
Na pierwszy rzut oka powieść Dominiki Słowik zdaje się być kolejną „biografią lat dziewięćdziesiątych” Jej ukazanie się jest wyraźnym sygnałem przemiany generacyjnej na polskiej scenie literackiej – do głosu zaczynają dochodzić pisarze, którzy większość swojego dzieciństwa przeżyli już po upadku komunizmu. Po „Znakach szczególnych” Pauliny Wilk, która kolektywne doświadczenie dojrzewania w tej przełomowej dekadzie, wycisnęła do granic możliwości, powieść Słowik mogłaby się wydawać co najmniej wtórna. Na szczęście autorka „Doppelgängera” nie poprzestaje na epickich skądinąd opowieściach o baronach węglowych okresu transformacji i rodzajowych obrazkach niedzielnego obiadu w polskim domu, gdzie rosół popija się coca-colą z kultowego „arkoroka”. Nostalgiczna przestrzeń dzieciństwa jest dla niej tylko kontekstem, w którym rozgrywa się zasadnicza opowieść.







.jpg)
